15 kwi 2017

Rozdział 28


      — Mamusiu, patrz jak wysoko się huśtam!
Sophie głośno się śmieje. Jesteśmy w parku na placu zabaw. Niebo jest nadzwyczaj błękitne, a tylko w oddali widać nadciągające ciemniejsze chmury. Słońce mocno grzeje, zachęcając do wyjścia z domu i zostawienia wszystkich problemów daleko za sobą. Mamy już za chwilę się zbierać, ale dziewczynka tak dobrze się bawi, iż stwierdzam, że kilka minut dłużej spędzonych w tym miejscu, nie będzie niczym złym. Siedzę na ławce, znajdującej się praktycznie naprzeciwko huśtawki, więc mam idealny widok na Sophie.  Czytam książkę, co chwila zerkając na nią.
— Tylko mocno się trzymaj! — krzyczę w odpowiedzi. Spuszczam wzrok, szukając w torbie okularów przeciwsłonecznych i w tym też momencie do moich uszu dociera dźwięk krzyku.
Podnoszę oczy do góry i wszystko zaczyna dziać się w spowolnionym tempie. Sophie puszczająca się obręczy, spadająca; krzyczy w strachu, zanim bezwiednie opada na ziemię. Nad nami na niebie gromadzą się ciemne chmury, zwiastujące burzę. Z mojego gardła wydobywa się głośny wrzask, gdy zauważam krew przy głowie dziecka. Jej włoski powoli zaczynają zabawiać się na czerwono. Z nieba zaczyna padać deszcz, gdzieś w oddali grzmi.
Ale przecież po burzy zawsze wychodzi słońce, prawda?

Zerwałam się z łóżka, próbując zaczerpnąć powietrza. Jak w amoku odrzuciłam koc na bok, podrywając się do góry. W biegu potknęłam się o szafkę nocną, strącając z niej szklankę  z wodą — nawet nie pamiętałam kto ją w to miejsce przyniósł. W tej chwili w głowie miałam jeden  cel, bo przecież ostatnie dni nie mogły być prawdziwe, to musiał być tylko i wyłącznie głupi sen, zwykłe nieporozumienie. Wpadłam do pokoju Sophie, otwierając głośno drzwi. Dopiero kiedy stanęłam na środku pokoju, dostrzegając puste łóżko, które jak gdyby nigdy nic było ładnie pościelone, poczułam, że po raz kolejny zaczynam się rozpadać. Największy koszmar mojego życia wciąż trwał i nic nie zapowiadało się na to, że mogło go zabraknąć. Jako jedyny był przy mnie, moja największa zmora i słabość, chociaż wcale jej nie chciałam.
 Mój oddech dopiero w tej jednej chwili, gdy znajdowałam się wśród jej zabawek, zaczął się uspokajać, ale tylko po to, bym po chwili zaciągnęła się powietrzem i głośno zaszlochała, osuwając się na podłogę. Widok pokoju Sophie, w którym nic się nie zmieniło, był zbyt bolesny. Brakowało w nim tylko jednego, najważniejszego człowieka w moim życiu. Ta nieobecność zmieniła wszystko. Cały mój świat gwałtownie się zatrząsnął, powodując zmiany, których nie mogłam niczym naprawić. Oparłam się o ścianę, chowając twarz w dłoniach. Czułam na policzkach łzy, chociaż nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że płaczę. Z każdą mijaną sekundą ból coraz bardziej doskwierał. Życie jeszcze nigdy tak bardzo nie uwierało, jak w tej chwili, gdy każde wspomnienie boleśnie rozrywało każdą cząstkę mojej duszy na małe kawałki. Zabrakło osoby, która była w stanie poskładać ją na nowo dźwięcznym śmiechem, marudzeniem w gorszy dzień. Pojedyncza, krótka chwila zaprzepaściła wszystko; straciłam wiarę w szczęście.
— Merlinie, Hermiono… — Usłyszałam przy sobie. Podniosłam zapłakane oczy do góry, dostrzegając Harry’ego. Jeszcze rano słyszałam w pokoju głos Ginny, a teraz, już w południe, pojawił się mój Harry. Nikogo obecność nie mogła jednak pomóc. Nikt nie potrafił naprawić tego, co wydarzyło się przed czterdziestoma godzinami. Samotność w tej chwili powinna być moim lekarstwem, ale ilekroć się w niej zaszywałam… jeszcze więcej wspomnień mnie nawiedzało, jeszcze więcej myśli krążyło po głowie. Gdy zamykałam oczy wciąż widziałam Sophie, biegnącą do mnie z wyciągniętymi rączkami. Patrzyła z ufnością, mając przekonanie, że nigdy jej nie opuszczę — przecież właśnie to zawsze jej obiecywałam! Nawet wtedy, gdy jej stan był tak krytyczny, że nie było już najmniejszego promyka nadziei. 

— Nigdy cię nie zostawię.

Moim ciałem wstrząsnął szloch. Poczułam, że obok mnie ktoś — Harry — siada i obejmuje trochę niezdarnie ramieniem. Nie miałam siły go odtrącić, chociaż tak pragnęłam samotności. Zaszyć się ze swoją żałobą, nie chcieć nikogo widzieć, nawet tych najbliższych mi osób. Zasługiwałam na bycie samej, bo przecież do niczego innego nie miałam prawa. Mimo to oparłam głowę o ramię mężczyzny, nie potrafiąc już nad sobą zapanować. Łzy płynęły po moich policzkach, było mi przeraźliwie zimno, nie potrafiłam ruszyć się z miejsca. Mogłabym zostać w tym pomieszczeniu do końca życia, mając świadomość, że ubranka wciąż będą miały jej zapach, że będą mi ją przypominać. 
— Jej już nie ma, nie ma — szepnęłam zdławionym głosem, uświadamiając sobie tą bolesną prawdę. Poczułam mocniejszy uścisk; Harry pocałował mnie w czubek głowy, jakby chciał pocieszyć, powiedzieć, że wkrótce będzie bolało mniej, a przecież nie mógł mi tego zapewnić. Straciłam dziecko. W tych dwóch słowach, na pozór zwyczajnych, mogłam zawrzeć całą swoją rozpacz, gniew. Nie potrafiłam wyobrazić sobie kolejnych dni, miesięcy, lat, nie bez Sophie, która stała się… zwyczajnie stała się moim życiem. Czy można żyć bez czegoś, co nadawało sens twojemu istnieniu?
Harry nic nie odpowiedział. Siedzieliśmy pod ścianą, razem płacząc, przytuleni. On, mając świadomość, jak wiele straciłam i jak długo będę się podnosić po upadku; ja przez utracone nadzieje. W jedną noc wszystkie szanse przepadły, a przeszłość jeszcze bardziej o sobie przypominała.

— Wszystko będzie dobrze.

W ostatnich godzinach jej życia ciągle powtarzałam te trzy słowa. Stały się modlitwą i jedyną nadzieją. Moja wiara nie była jednak na tyle silna, by móc utrzymać Sophie przy życiu. Z każdą mijaną minutą poczucie winy coraz bardziej rosło sprawiając, że w niektórych momentach nie potrafiłam ze sobą wytrzymać. Czułam do siebie nienawiść — jaką byłam mamą, skoro nie potrafiłam obronić własnego dziecka przed śmiercią?
Zaczynałam się uspokajać. Ślady łez na moich policzkach i rozczochrane włosy były jedynym znakiem, że nie jest ze mną dobrze. Harry i Ginny zamieniali się, w międzyczasie załatwiając sprawy związane z… z pożegnaniem Sophie. Tym razem myśl o tym nie przyniosła kolejnej fali płaczu, a zwykłą, przerażającą bezsilność. Czułam pustkę. Straciłam sens życia, dla którego przez ostatnie pięć lat miałam siłę wstawać z łóżka. Teraz, gdy to zniknęło, nic nie miało już znaczenia.
Wstałam z podłogi, odsuwając się od Harry’ego. Na drżących z wyczerpania nogach ruszyłam w stronę drzwi. Nic nie zjadłam od czasu, gdy moja Sophie odeszła. Zasypiałam na krótko, po chwili budząc się z mocno bijącym sercem. Bałam się, że nocne koszmary już nigdy mnie nie opuszczą i widok jej, w białej pościeli, przeraźliwie bladej, będzie mnie prześladował do końca życia. Zdałam sobie sprawę z tego, że wolałabym już nie wstać z łóżka. Wszystko przestało mieć znaczenie — jak mogłoby mieć w takiej chwili? Osoba, która nikogo nie straciła, nie miała prawa mnie osądzać. Nikt nie mógł wiedzieć, jak ogromne przytłoczenie czułam. Harry i Ginny starali się pocieszyć, ale prawda była taka, że żadne słowa, ani żadna obecność, nie mogły wynagrodzić mojej straty. Już wiedziałam, jak to jest, kiedy niebo zaczyna walić się na głowę, przyciskając do samej ziemi, aż brakuje tchu. Byłam świadoma, co się dzieje z człowiekiem, który w jednej chwili stracił cały swój świat. Zaczął się mój prywatny koniec świata — o wiele wcześniej niż powinien — i nie mogłam nic na to poradzić. Jedyne czego pragnęłam, to jakiejś drogi na skróty, ale nic takiego nie było… Przez żałobę, trwającą już do końca mojego życia, musiałam przejść samotnie, dźwigając na swoich plecach ciężar przeszłości.
Zanim wyszłam z pokoju Sophie, odwróciłam się do Harry’ego, przegryzając wargę. Patrzył na mnie niepewnie, nie wiedząc jakiej reakcji się spodziewać.
— Chcę być sama — powiedziałam cicho; te trzy słowa sprawiły mi tyle bólu. Wróciłam do swojej sypialni, od razu kładąc się na łóżku, tyłem do drzwi. Co jakiś czas mój wzrok wędrował za okno. Słońce mocno świeciło, chociaż nie miało prawa. Nikt ani nic nie powinno być szczęśliwe, nie w tej chwili, ani w żadnej innej. Radość nagle stała się dla mnie krótkotrwałą iluzją, z której, wydawało mi się, nie było drogi ucieczki.

Wieczorem ktoś zadzwonił do drzwi. Zanurzona w myślach i cierpieniu, ledwo usłyszałam ten dźwięk, ale ktoś wyraźnie bardzo chciał wejść, bo dobijał się przez długi czas. Nie miałam zamiaru jednak podnosić się z łóżka, bo wiedziałam, że gdzieś w mieszkaniu jest Harry i on się wszystkim zajmie. Obiecał mi to kilkadziesiąt godzin temu, zapewniając chwile samotności, bym mogła zaszyć się w swoim cierpieniu. Nie chciałam niczego innego.
Za oknem już dawno nastał wieczór, słońce zniknęło za budynkami, ustępując wreszcie miejsca księżycowi. Przez dwa dni zdążyłam się przekonać, że noc jest najgorszą możliwą porą dnia. To właśnie wtedy budziły się w człowieku największe lęki; rozpacz boleśnie przebijała duszę, nie dając szansy na obronę. Czułam się naga, odkryta z powłoki bezpieczeństwa, którą dawała obecność mojej Sophie. Sama świadomość, iż jest w pokoju obok, spokojnie śpi, była dla mnie jak ugaszenie pragnienia w najbardziej upalne popołudnie. Teraz to wszystko odeszło.
Usłyszałam pukanie do drzwi mojego pokoju. Nadal leżąc tyłem do drzwi, nie podniosłam do góry nawet wzroku. Przymknęłam tylko oczy, chcąc udać, że śpię. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać, a ktokolwiek znajdował się po drugiej stronie, właśnie tego chciał. Uciec od świata — tylko tego pragnęłam. Nic nie mogło mnie powstrzymać.
A jednak ktoś, mimo że niechciany w tej chwili, wszedł do środka. Zacisnęłam mocniej oczy, mimowolnie bardziej się kurcząc i przyciskając kolana do klatki piersiowej. Obecność innych osób wcale nie pomagała, wręcz przeciwnie. Próby pocieszenia kończyły się falą łez i jeszcze większym poczuciem bezradności. Poczułam, że łóżko po mojej lewej stronie ugina się pod ciężarem kogoś. Byłam tak zobojętniała, iż nie obchodziło mnie, kto przyszedł. Mógł to być Ron albo… Draco. Kiedy poczułam na swoich plecach dotyk dłoni, wszystko już wiedziałam. Wolno odwróciłam się, chcąc zobaczyć jego twarz. W ciągu tych kilku nocy, podobnie jak ja, postarzał się o kilka lat. Pod oczami miał sińce, był blady, nieogolony — jakby stracił nadzieję. Ta chwila była pierwszą, w której zobaczyliśmy się po tym, jak Sophie odeszła. Nie potrafiłam powiedzieć „umarła”. Przecież ona wcale nie umarła, nadal żyła w moich wspomnieniach, a gdy tylko zapadałam w sen — wciąż ją widziałam. Śmiała się, wreszcie bez bólu, łez… 
Draco patrzył na mnie wzrokiem pełnym rozpaczy. Podniosłam się do pozycji siedzącej, przykrywając ramiona kocem. Czułam dreszcze i miałam stan podgorączkowy, spowodowany zmęczeniem. Cierpiałam każdą cząstką siebie, ale równe katusze przeżywał Draco Malfoy, moja jedyna siła w tych momentach. Siła, która miała zacząć mnie podnosić, a sama brodziła w poczuciu winy, w bezsilności. Patrzył na mnie zmęczony człowiek, nie wiedzący co ze sobą zrobić.
— Nie odchodź, proszę — wyszeptałam zachrypniętym głosem. A on tylko zbliżył się do mnie, pozwalając oprzeć głowę na swoim ramieniu. Splótł moją dłoń ze swoją, jakby chciał przejąć część mojego bólu na siebie; a przecież już tak wiele nosił go w sobie. Obarczał się poczuciem winy, chociaż ja nie miałam mu nic za złe. Nie przyczynił się do tego. Nie chciałam dokładać mu kolejnych ciężarów… Nie osobie, którą kochałam.
W pokoju było ciemno; jedynie paląca się za oknem latarnia oświetlała trochę wnętrze pomieszczenia. Tą noc spędziłam przy Draco Malfoyu, opłakując razem z nim stratę dziecka.
Nie mogłam wiedzieć, że jedna z najgorszych nocy w moim życiu, będzie zarazem ostatnią z moją miłością.

Mówią, że rodzina osób, które chorują, psychicznie jest lepiej przygotowana na jej odejście. W ciągu trzech dni zrozumiałam, jak wiele kłamstwa usłyszałam o tych sprawach. Wcale nie byłam przygotowana na śmierć mojej Sophie — miałam wrażenie, że wciąż śnię, gubię się w koszmarach, nie mogąc się z nich wydostać. Każda śmierć jest niesprawiedliwa, ale miałam wrażenie, iż ktokolwiek gdzieś nade mną czuwał, w tej chwili sobie ze mnie zakpił. Otrzymałam ogromne szczęście tylko po to, by można mi było je odebrać. Nie potrafiłam zrozumieć, w jaki sposób miałoby to uczynić mnie silniejszą. Jeszcze nigdy nie czułam się tak podatna na zranienie.
Pogrzeby są wyprawiane zbyt szybko. Trzy dni nie mogły mnie oswoić z poczuciem straty, więc wszystko, co musiałam załatwić i podpisać, robiłam bezwiednie. Stałam się maszyną, działającą automatycznie, nie zastanawiającą się nad wykonywanymi ruchami. Było mi obojętne jak ceremonia będzie wyglądać, kto na nią przyjedzie — wszystko zostawiłam na głowie Harry’ego i Ginny w momencie śmierci dziecka. Gdzieś w głębi podziwiałam matki, które pierwsze kilka dni po stracie pociechy były w stanie wszystko zorganizować, a dopiero później pogrążały się w rozpaczy. Ja nie potrafiłam i nie wiedziałam, czy kiedykolwiek będę potrafić. Kiedy umiera dziecko, mówi się o wielkiej tragedii. Każdy żałuje, bo przecież ten mały człowiek miał przed sobą całe życie; każdy płacze, nie zastanawiając się, jak wielki ból czuje rodzina zmarłej osoby. Współczujące spojrzenia, czasem oczy wypełnione łzami: ten widok zapamiętałam z twarzy obecnych ludzi w kościele.
Wszystko już było gotowe, ceremonia miała lada chwila się zacząć. Poprawiłam czarną sukienkę, wygładzając wszystkie zagięcia. Po raz ostatni miałam zobaczyć Sophie, po raz ostatni spojrzeć na jej twarz, dotknąć jej małych rączek. Miałam się pożegnać. Czy można pożegnać się ze swoim światem? Wątpiłam. Nie chcąc dłużej przeciągać momentu rozstania, wyszłam z pomieszczenia, wchodząc do środka kościoła. Przed drzwiami czekał na mnie Harry; objął mnie lekko ramieniem, pomagając iść. Szliśmy środkiem, więc automatycznie uwaga wszystkich osób skierowała się na nas. Usłyszałam szepty znanych głosów. Rozejrzałam się lekko, chcąc zobaczyć kto jest w środku i zdziwiłam się widząc tyle zapełnionych krzeseł. Widziałam Charlotte, panią doktor z Londynu, siedzącą razem z Megan; widziałam Ruby, szlochającą w ramię męża. Jack — mój szef z biura — razem z Emily, najlepszą koleżanką i kilkoma innymi osobami, które miały okazję poznać Sophie. Mamy, które poznałam na oddziale onkologicznym w szpitalu, kilka pielęgniarek. Najbardziej zabolał mnie jednak widok mojego taty, siedzącego w ostatnim rzędzie. Patrzył na mnie z bólem, nawet nie usiłując ukryć swoich łez. Poczułam w gardle gulę, gdy odwróciłam od niego wzrok. Nie miał prawa tu być.
Usiadłam tuż przed… trumną, obok Olivera. Nie chciałam na niego nawet patrzeć, bo wiedziałam, że nie wytrzymam kolejnego spojrzenia, przepełnionego cierpieniem. Instynktownie wzięłam go za rękę, nawet nie zastanawiając się nad tym ruchem. Oboje straciliśmy dziecko, a fakt, iż on był przy Sophie krócej, niczego nie zmieniał. Oliver mógł mieć jeszcze większe wyrzuty sumienia, bo przecież zmarnował tyle czasu… Pozostało mu tylko kilka wspomnień, dzięki którym miał jakoś funkcjonować.
Kiedy zaczęła się ceremonia, wstałam i podeszłam do Sophie. Przez godzinę trzymałam ją za rączkę, chcąc zapamiętać ten dotyk. Chłonąć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Starałam się nie myśleć o tym, że już nigdy więcej nie usłyszę jej śmiechu, nie zobaczę jej oczu. Ta myśl sprawiała zbyt wiele bólu, by mogła być prawdziwa.
— Dzisiaj wcale nie żegnamy Sophie… — zaczął mówić ksiądz.
Mówił o pięknych pięciu latach. O walce, jaką toczyła moja Sophie i którą przegrała — chociaż według niego nie była to porażka, a zwycięstwo w każdym tego słowa znaczeniu. Nie za bardzo wiedziałam, w którym aspekcie ta wojna została wygrana. Mówił o dzieciństwie, wypełnionym pięknymi wspomnieniami, pamiątkami, które zostały po moim dziecku. Były również słowa, które kierował głównie do mnie i Olivera — o niegasnącej nadziei i sile, jaką powinniśmy w sobie znaleźć. Po tym fragmencie przestałam słuchać.
Rozejrzałam się wokół siebie, patrząc jak nieznajome osoby płaczą, słuchając kazania duchownego. W tym całym tłumie szukałam jednego człowieka, ale nigdzie nie mogłam dostrzec znajomych blond włosów. W końcu przestałam się rozglądać, bo powinnam była skupić swoje myśli na Sophie, nie na nieobecnym Malfoyu. W tym momencie coś we mnie pękło, jakieś resztki nadziei. Po kilku minutach poczułam na dłoni uścisk i zauważyłam Olivera, stojącego obok mnie. Mimowolnie oparłam swoją głowę o jego ramię, przymykając oczy. Potrzebowałam kogoś obok. Dzieliłam się z nim bólem, płacząc. Ogarniała mnie coraz większa panika związana z tym, że to wszystko dzieje się naprawdę — i nie ma już żadnego odwrotu.

Przedostatni dzień życia Sophie był jednym z lepszych. Mówi się, że Bóg daje choremu szansę na pożegnanie się z bliskimi, dlatego kilka dni przed śmiercią ta osoba jakby lepiej się czuje, lepiej uśmiecha. Nigdy jednak nie wiadomo czy to kolejny dobry dzień, czy już ten ostatni. W przypadku Sophie nie brałam do siebie innej opcji, niż ta pierwsza.
Stałam przed salą, patrząc na Olivera, czytającego Sophie bajkę. Ranek zdecydowanie nie był dla nas łaskawy — dziewczynka miała podwyższoną temperaturę i wymiotowała — ale gdy nadeszło południe, wszystko jakby się zatrzymało. Mogłam chociaż na chwilę odetchnąć i przestać się martwić, a zacząć cieszyć się lepszym samopoczuciem mojego dziecka. Na moją twarz mimowolnie wkradł się uśmiech, gdy Sophie zaśmiała się. Nie miała tyle sił, co wcześniej, ale przecież nadal była sobą. Żadna choroba nie mogła zabić w niej dziecięcej ufności, szczęścia z najmniejszych i najprostszych rzeczy. Dzieci potrafiły znaleźć radość w letnim deszczu, a swoją pozytywnością zarażały wszystkich wokół. Dorośli powinni właśnie tego się od nich uczyć. W którym momencie życia człowiek staje się szarą wersją samego siebie?
— Co tam robicie? — zapytałam, kiedy weszłam do środka. Chciałam jak najwięcej czasu spędzić z Sophie, żeby nie przegapić już żadnej chwili, żadnego jej uśmiechu.
— Tata czyta mi bajkę, którą czytała mu kiedyś babcia! Ale mamo, wiesz jaką dziwną nazwę ma ta bajka?
— Jaką? — Usiadłam na krześle po drugiej stronie łóżka, poprawiając dziewczynce w tym czasie kołdrę. Dostrzegłam okładkę książki, jaką czytał Sophie Oliver, jednak nie chciałam odbierać jej radości w informowaniu mnie o wszystkim.
— „Czarodziej i skaczący garnek”! Prawda, że śmieszna?
— Tak, zdecydowanie śmieszny tytuł. A co takiego dziwnego jest w tej bajce?
— No bo ten garnek naprawdę skakał! — powiedziała z zachwytem, przytulając mocniej swojego misia.
— Tak było — wtrącił się Oliver.
— A masz „Czarę Marę i jej gdaczący pieniek”? Dawno nie czytałam tych bajek, w sumie to od… siedmiu lat.
— Ja też, nawet dłużej, aż do teraz — odparł, podając mi książeczkę. — Sprawdź na dwudziestej szóstej stronie.
— Mamo, przeczytaj, proszę, proszę, proszę!
— Właśnie, Hermiono, przeczytaj. — Uśmiechnął się, potakując. W jego oczach widziałam prawdziwe szczęście, jakby wreszcie znalazł to, czego od tak dawna szukał. Teraz, siedząc naprzeciwko niego, przypomniałam sobie, dlaczego te kilka lat temu się w nim zauroczyłam.
Zaczęłam czytać, czując, że mimo wszystko jeszcze będzie dobrze. Nie było.

Wszyscy ruszyli w ostatnią podróż Sophie. Po piętnastu minutach płaczu wreszcie pozwoliłam zamknąć trumnę, ale miałam wrażenie, że gdy ostatni raz spojrzałam na moje dziecko — umarłam. Pozostała mi tylko rozpacz i wszechogarniająca pusta.
Szłam jako pierwsza, podtrzymywana przez Ginny. Na miejsce dotarliśmy zbyt szybko; nie zdążyłam oswoić się z myślą, że to koniec drogi, koniec drogi Sophie. Przed głośnym płaczem broniły mnie tylko leki uspakajające, które wzięłam przed pogrzebem. Otumaniona, ledwo idąca — tak żegnałam swoją córkę. W rękach ciągle trzymałam misia Sophie: Rudolfa. Miała go ze sobą praktycznie od urodzenia i nigdy się z nim nie rozstawała. Był jej przyjacielem, dawał szczęście, mimo że nic szczególnego nie robił. Niejednokrotnie widziałam, jak Sophie coś mu tłumaczyła, albo obrażona na mnie mówiła co zrobiłam nie tak, jak ona chciała. Rzecz, która przypominała mi moją córkę najbardziej, nie mogła zostać ze mną. Zrobiłam to, co podyktowało mi serce — podeszłam do trumny i położyłam na niej, wśród pięknych, białych kwiatów, misia. Mimowolnie spojrzałam do góry, w niebo, przeklinając w myślach słońce. Chciałam, żeby padał deszcz, żeby niebo płakało razem ze mną. Żeby cierpiało tak samo, jak cierpiałam ja.
Ludzie powoli się rozchodzili, aż w końcu zostałam tylko ja i Oliver, a gdzieś za nami Harry z Ronem i Ginny. Co z tego, że każdy był i płakał, skoro teraz wszyscy wracali do swoich spraw i najprawdopodobniej szybko o tym zapominali? Irytowała mnie obojętność ludzi i zwrócenie ich uwagi tylko na krótką chwilę. Tego dnia usłyszałam wiele kondolencji, ale ile z nich było powiedziane z czystej uprzejmości, wymuszone, a ile szczerych — tego nie wiedziałam. Opuściłam wzrok na dłonie, gdy po raz kolejny w moich oczach zgromadziły się łzy… a wydawało mi się, że już mi ich zabrakło. Teraz, gdy minęła pierwsza faza rozpaczy po śmierci Sophie, złożona ze zwykłego niedowierzania, nadszedł czas na fazę tęsknoty i żalu. Czas wspominania i obwiniania się, że nie zrobiło się więcej, niż można było.
— Hermiono… — Usłyszałam głos taty, mojego taty. Uśmiechnęłam się ironicznie, odwracając się powoli w jego stronę. — Bardzo mi przykro z powodu Sophie i…
— Proszę, nie chcę tego słuchać. Daj mi spokój — powiedziałam, kiwając głową na boki. — Pozwól mi przeżyć żałobę bez wracania do przeszłości. Zostaw mnie w spokoju i nie udawaj, że cię to obchodzi. Teraz chcę być tylko sama.
— Nie chciałem być natarczywy, więc…
— Po prostu odejdź.
Przez chwilę stał jeszcze w miejscu, zanim odwrócił się i ruszył chodnikiem w stronę bramy. A ja usiadłam tylko na ławce i zostałam tam do momentu, w którym Harry siłą zaciągnął mnie do taksówki, kiedy byłam już zbyt zmarznięta, by móc tam dłużej być.
W dniu pogrzebu Sophie umarło we mnie wszystko — szczęście, nadzieja, wiara. Jedyna osoba, która mogła mnie wesprzeć w tym dniu, zawiodła, zaszywając się w swoim smutku. W tej chwili coś sobie uświadomiłam; że nie mogę być szczęśliwa bez mojego dziecka. Sophie była moją jasnością w panującej na świecie ciemności, a gdy odeszła, wszystko się zmieniło.
Już nic nie miało znaczenia.

_____________
Cześć, cześć!
Niecałe trzy tygodnie i pojawia się nowy rozdział — czy mogę już zostać wpisana do księgi Guinnessa? :D To dla mnie coś naprawdę niesamowitego, bo nawet na początku pisania NWW nie miałam takiej weny, generalnie chęci do pisania, jak teraz. Nie wiem, czy jest to spowodowane tym, że do końca zostało tak mało, czy po prostu odkrywam swoją miłość do pisania od nowa. Ostatnie rozdziały pisze mi się naprawdę dobrze i cieszę się, mogąc je Wam publikować!
Dobra, w opowiadaniu naprawdę się porobiło. Powyższy rozdział był dla mnie nie lada wyzwaniem — wiedziałam, jak będzie wyglądać, już od trzech lat. Kilka rzeczy się zmieniło, ale zamysł pozostał ten sam. Generalnie to, co najbardziej chciałam pokazać, to to, jak załamuje się świat osoby, która traci kogoś bliskiego. Muszę przyznać, że w niektórych fragmentach, które pisałam, łezki pojawiły mi się w oczach. Piszcie jak wrażenia po przeczytaniu, bo jestem naprawdę bardzo, bardzo, ciekawa. To ostatnie rozdziały i zależy mi na Waszej opinii.
Zostały dwa rozdziały — jeden taki normalny i drugi raczej krótszy, już w formie takiego jakby, hm, epilogu? Wiem, że dużo osób tworzy PDF-y skończonych opowiadań, więc pytanie, czy Wy byście chcieli, abym się czymś takim zajęła? Napiszcie w komentarzach i jeśli będzie trochę osób chętnych, postaram się to wykombinować.
Jako że już dzisiaj Wielka Sobota, a jutro Wielkanoc — chciałabym Wam życzyć, aby te święta wielkanocne obfitowały w wiele szczęścia, spokoju i nadziei. W refleksję nad swoim życiem, w potrafienie odnaleźć radość w nawet najmniejszych, najprostszych rzeczach. Abyście ten czas spędzili w gronie najbliższych i pokazywali, jak wiele dla Was znaczą.
Miłej nocy, moi mili,
M.

18 komentarzy:

  1. Wiesz, to taki dziwny dzień, bo jakaś taka płaczliwa się zrobiłam. Z ciekawości weszłam tutaj, patrzę - jest! O ile poprzedni rozdział też mnie wzruszył, o tyle bardziej czekałam na ten, bo bardzo byłam ciekawa, jak go napiszesz. Jakie emocje w nim zawrzesz i jak sobie z nimi poradzisz. Muszę Ci przyznać, że stworzyłaś kawał dobrego tekstu. Popłakałam się!
    Ale do meritum: gdzie jest Draco?!
    Mam nadzieję, że kolejne rozdziały dodasz równie szybko, co ten :) Życzę Ci zatem dużo weny, a z okazji Świąt - wszystkiego co najlepsze!
    Bardzo chętnie podchodzę też do tematu pdf ;)
    Pozdrawiam serdecznie!
    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja wręcz odwrotnie - ostatnio ciężko doprowadzić mnie do łez. Cieszę się, że tak uważasz i powyższy rozdział wzbudził w Tobie takie emocje; chyba właśnie o to mi chodziło. :)
      Do meritum: we fragmencie, gdy Draco przyszedł do Hermiony, opisywałam, że był w kiepskim stanie psychicznym, wyglądał na załamanego - w kolejnym rozdziale lepiej to wytłumaczę, czemu go nie było, ale jak można się domyślić, zawiódł Hermionę, bo w końcu w tej chwili tak bardzo go potrzebowała.
      Postaram się, żeby tak było! Nic nie obiecuję, bo ostatnio mam na uczelni więcej do ogarnięcia, ale na pewno będę się starać.
      Dziękuję za komentarz!

      M.

      Usuń
  2. Ten komentarz będzie bardzo nieskładny, pisany pod wpływem emocji po przeczytaniu tego rozdziału... Tak z góry Cię uprzedzam, M.
    Ten rozdział jest na moje... za mało smutny, za krótki, sama nie wiem. O tak, jest zdecydowanie za krótki. Czegoś mi tu w sumie brakuje.
    Po tym jak przeczytałam zaległe rozdziały, napisałam ci, że jeszcze mialam zamiast pisać do Ciebie, żebyś nie zabijała Sophie. Prawda jest taka, że jak zaczynałam czytać to myślałam "M. pewnie nas wszystkich zaskoczy i napewno nie będzie szczęśliwie", a potem, gdy Sophie zachorowała, zaczęłam podejrzewać co chcesz zrobić. Stałaś się trochę przewidywalna, M. XD
    Wracając do rozdziału... Mam wrażenie, że nie tylko Sophie Hermiona straci, ale też przez to wszystko rozstanie się z Draco. A właśnie, tak mało tu Draco!! Pewnie, mam nadzieję, bedzie go więcej w następnym rozdziale. Liczę też na jakąś konfrontację.
    Nie wiem co Ci tu jeszcze napisać... Może dopowiem coś jutro, jak zbiorę myśli.
    Ściskam mocno,
    E.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ważne, że jest! <3 Szkoda, że uważasz, że czegoś tu brakuje, ale mam nadzieję, że jesteś chociaż trochę usatysfakcjonowana. :<
      HAHHA nie no, co Ty, nie mogę Was ciągle zaskakiwać, bo poumieralibyście mi tu na zawał i te sprawy. XD
      W kolejnym rozdziale będzie pewna sytuacja między Draco, a Hermioną. W tym rozdziale najbardziej chciałam się skupić na stracie Hermiony.
      Dziękuję za komentarz! <3

      Buziaki,
      M.

      Usuń
  3. Smutno mi😢 ech... Ale mimo wszystko piękny rozdział. Wesołych świąt. 😊 Mam tylko nadzieję, że koncówka będzie szczęśliwsza 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Końcówka już dawno zaplanowana, więc jaka by nie była, trzeba się z nią zmierzyć! :D Cieszę się, że tak uważasz. :)
      Dziękuję za komentarz!

      M.

      Usuń
  4. Witaj,
    Nie ochłonęłam jeszcze po ostatnim rozdziale, choć to chyba nigdy się nie stanie. I przyznam się, że bałam się przeczytać ten. Naprawdę. Uwielbiam tę historię, zżyłam się z bohaterami i często wracam do poszczególnych rozdziałów, ale, no właśnie ALE...
    Nie będę komentować rzeczy nieodwracalnych, bo Sophie nie odżyje. Nie będę też pisać, jak bardzo mi jest przykro, bo to nic nie zmieni.
    Skupię się zatem na treści rozdziału, która, co tu dużo mówić, chwyciła mnie za serducho i znowu, po raz kolejny, ryczałam, jak głupia.
    Przepięknie opisałaś stratę dziecka i swoisty koniec świata dla matki. Kobieta po stracie męża jest wdową. Po stracie matki - sierotą. A jak nazwać matkę, która straciła dziecko? Chyba człowiek nie wymyślił na to nazwy, bo tak naprawdę nie dopuszcza do siebie faktu, że można pochować własne dziecko. Rodzice nie powinni umierać po dzieciach.
    Naprawdę chylę czoła, bo mam wrażenie, że Twoja wrażliwość jest jak studnia bez dna. Sztuką jest podtrzymać nastrój, gdy po niespełna miesięcznej przerwie czytelnik wraca do historii. Trudno wtedy wzbudzić w nim te same uczucia, które towarzyszyły mu w poprzednim rozdziale, a Tobie się udało. A nawet zrobiłaś o wiele więcej, bo ostatnim razem płakałam jedynie przy ostatnim akapicie, tym razem ryczałam jak bóbr od początku do końca.
    "Nie mogłam wiedzieć, że jedna z najgorszych nocy w moim życiu, będzie zarazem ostatnią z moją miłością." - błagam, BŁAGAM, nie wpędzaj mnie w depresję. Tak bardzo pokochałam tę historię, że po prostu nie chcę, by się źle zakończyła, a taki najwyraźniej masz zamiar.
    Być może swoim tekstem otwierasz oczy wielu z nas, którzy nie doceniają tego, co mają. Uczysz pokory i starasz się przekonać do miłości. I udaje Ci się to. Wiedz jednak, że serce pękło mi już po odejściu Sophie. Nie skazuj mnie na to jeszcze raz odejściem Draco. Z jednej strony wiem, że realizujesz swój zamysł od poczatku do końca a moje słowa niczego nie zmienią. Ale z drugiej mam ochotę to wszystko przerwać. Jako czytelnik jestem bezsilna. Dlatego błagam, niech Draco nie odchodzi!
    Dla mnie to opowiadanie jest o stracie. Największej z możliwych. I o samotności - głupiej i niesprawiedliwej, na której nikt nie zasługuje. A że nie zniosę złego zakończenia, proszę, byś nie pozbawiała Hermiony ostatniej iskierki nadziei. Nie zasłużyła na to.
    Życzę Ci wesołych świąt - rodzinnych i pełnych magii.
    Iva Nerda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej, jaki długi komentarz. Muszę przyznać, że czytałam go kilka razy i za każdym razem jestem okropnie nim poruszona, wzruszona i w ogóle wszystkie inne synonimy tego słowa!
      Nie wiem, czy powinnam się cieszyć czy nie, że aż tak Cię wzruszyłam, że zapłakałaś - chyba jednak trochę się cieszę, że udało mi się wzbudzić w Tobie aż takie emocje. Pięknie to ujęłaś: chyba jeszcze nikt nie wymyślił na to nazwy, bo to tak nienaturalne, że nikt nie chce o takich sprawach myśleć.
      Jest mi tak miło, że tak uważasz, że nawet sobie nie wyobrażasz jak w tej chwili się czuję! To chyba największy komplement, jaki mogłam przeczytać pod tym rozdziałem. To, jak się zakończy historia naszej dwójki... mam nadzieję, że wszystkich usatysfakcjonuję. Jedyne co chcę przekazać Wam przez NWW to to jak przewrotne jest życie, jak wszystko może się zmienić - że życie to nie film, komedia romantyczna, w którym bohaterowie w połowie się ze sobą schodzą, by w ostatnich trzydziestu minutach się pokłócić i z powrotem być ze sobą w końcówce. Nie, życie tak niestety nie wygląda.
      Twoje słowa to dla mnie coś niesamowitego - nigdy nie pomyślałabym, że przyjdzie mi czytać takie słowa o czymś, co wyszło spod mojej ręki. "Uczysz pokory i starasz się przekonać do miłości.": ach, poleciały łezki, nawet nie wiesz jak wiele dla mnie znaczą takie słowa.
      Zdecydowanie NWW to opowiadanie, jak sama napisałaś, o stracie. Hermiona miała na swoich plecach ogromny ciężar przeszłości, a teraz zostało jej dołożone coś dwukrotnie większego.
      W kolejnym rozdziale opiszę trochę perspektywy Draco, część Hermiony, a później, cóż, zostanie mi tylko ostatni rozdział.
      Dziękuję za komentarz! <3

      M.

      Usuń
  5. Po raz pierwszy przyszło mi skomentować Twoje opowiadanie. Pamiętam gdy pierwszy raz je znalazłam i się w nim zakochałam. Z dnia na dzień z miesiąca na miesiąc wyczekiwałam kolejnego rozdziału. Gdy już się pojawił ogarniała mnie taka euforia i ciekawość co tym razem mnie zaskoczy. Nie spodziewałam się, że uśmiercisz Sophie. Raczej liczyłam na to, że będą chwilę krytyczne, ale finalnie Sophie wyzdrowieje i wszystko będzie dobrze. Ostatnie słowa w poprzednim rozdziale, tak mną wstrząsnęły. Musiałam je przeczytać kilka razy bo jak to przecież Sophie nie może umrzeć.A jednak. Cały ten rozdział przeplakalam; zdecydowanie brakuje mi tutaj Draco. Nie zastąpi Hermionie Sophie,ale brak mi tutaj drugiej najważniejszej dla Hermiony osoby, która kochała Sophie tak samo jak Granger. Mam nadzieję, że nie zaskoczysz mnie ponownie i nie sprawisz, że ta relacja pomiędzy Hermiona a Draco pęknie jak bańka mydlana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że tak uważasz!
      A więc jednak w czymś zaskoczyłam chociaż Ciebie! :D Z jednej strony cieszę się, że potrafiłam wzbudzić w Tobie takie emocje, ale z drugiej przykro mi, że przeze mnie poleciały Ci łezki. Och, sama nie wiem co o tym myśleć.
      Racja - w tym rozdziale zdecydowanie brakuje Draco - ale ten rozdział chciałam w pełni poświęcić Hermionie i jej stracie. Chcę też zwrócić uwagę na fragment: "...nie na nieobecnym Malfoyu. W tym momencie coś we mnie pękło, jakieś resztki nadziei.". Hermiona przeżyła ogromną stratę, a nie było przy niej Malfoya, który był jakoś w stanie ją poskładać. Sam zaszył się w swoim cierpieniu, nie przychodząc na pogrzeb, nie będąc przy Hermionie. To był dla niej pewien znak. W kolejnym rozdziale na pewno to opiszę dokładniej.
      Dziękuję za komentarz! :)

      M.

      Usuń
  6. Rozdział napisany niesamowicie realistycznie bardzo skladny pełny tresci i bólu. Mam nadzieję ze nigdy nie przezylas pogrzebu bardzo ale to bardzo bliskiej osoby bo ja tak i tym rozdzialem sprawilas ze wszystko mi sie przypomnialo i powiem ci ze czytajac opowiadania czulam takie same emocje jak w tym strasznym dniu nie zrozum mnie zle nie to ze mi sie nie podoba wrecz przeciwnie mimo smutnej tresci czytający wczuwa się w cala historię mimo ze to fikcja literacja chlonie ja calym soba tak jakby byl obecny w szpitalu w domu i podczas pogrzebu niewielu ludzi potrafi tak pisac tak zainteresowac i wzruszyc czlowieka doprowadzajac do lez. Pisz dalej nieprzestawaj masz talent wykorzystaj to trzymam kciuki czekam na wiecej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej, jej, jej, ile miłych słów! Cieszę się, że rozdział Ci się spodobał, bo starałam się przelać do niego jak najwięcej emocji, jak najwięcej cierpienia zawrzeć w słowach - choć to trudne zadanie i nie do końca byłam pewna, czy mu podołam. W tamtym roku pożegnałam się z moją kochaną babcią, co bardzo przeżyłam, więc w momencie pisania tego rozdziału, wspomnienia wróciły. Cieszę się, że potrafiłam przekazać to tak, że mogliście się wczuć w sytuację Hermiony.
      Dziękuję za komentarz i wszystkie miłe słowa! :)

      M.

      Usuń
  7. super rozdział :)

    No i dobre pytanie:
    "W którym momencie życia człowiek staje się szarą wersją samego siebie?"

    Będąc dzieckiem zastanawiałam się nad tym i postanowiłam przenieść na dorosłość mój dziecięcy entuzjazm, co stało się przyczyną wielu kłopotów... Nie ten kraj, nie ta kultura xd :P
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się spodobał. :)) Haha dokładnie, dziecięcy entuzjazm w dorosłym życiu jest odbierany bardziej jako coś dziwnego, nienaturalnego.
      Dziękuję za komentarz!

      M.

      Usuń
  8. O rety naprawdę dwa rozdziały? Tylko?
    Kochana czy planujesz może kolejne dramione?
    Błagam powinnaś.
    Czułam ból Hermiony, wszystko dookoła.
    To straszne. Straciła swoją ukochaną córeczkę. Już sam przebieg choroby był straszny. A teraz jeszcze to. Naprawdę mną wstrząsnęłaś. Ten rozdział był piękny. Nie da się tego opisać jak bardzo. Dawno czegoś tak cudownego nie czytałam.
    Zazdroszczę Ci.
    Będę czekać na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. :D Strasznie szybko zleciał ten czas, ale już od dawna mówię, że zbliżamy się do końca. Planować jako tako nie planuję, ale jeśli wpadnę na jakiś fajny pomysł, na pewno wrócę!
      Bardzo się cieszę, że rozdział Ci się spodobał i mam nadzieję, że kolejne równie mocno przypadną ci do gustu. :)
      Dziękuję za komentarz!

      M.

      Usuń
  9. Chcesz mnie po prostu wykończyć...ryczę jak bóbr. Po prostu nie mam słów, co w tym przypadku jest największym kompletem.
    Nie wierzę, że już kończysz pisać tą historię. Za szybko to minęło ;)
    Na tą chwilę muszę wszystko przeanalizować i znaleźć chusteczki. Trzymaj się ciepło.
    Pozdrawiam
    Vivenn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja naprawdę nie miałam tego w zamiarze, żebyście przeze mnie płakali, co najwyżej byli wzruszeni. :< Cieszę się, że wzbudziłam w Tobie aż takie emocje, bardzo miło czytać mi takie słowa. Ja też nie wierzę! Za szybko, ale jakby nie patrzeć to już trzy lata i w końcu musiał ten moment nadejść. Nie wiem jak rozstanę się z tą historią. Mam nadzieję, że chusteczki były pod ręką!
      Dziękuję za komentarz. :)

      M.

      Usuń

Layout by Alessa Belikov