10 lip 2017

„Zanim się rozstaniemy” — część 1

Paryż, 21:00

Nigdy nie biegła tak szybko. Mijała po drodze wiele osób, potrącając ich, ale nie miała nawet czasu krzyknąć głupiego „przepraszam!”, w końcu była już tak bardzo spóźniona. Wewnątrz czuła przerażenie. Nie wiedziała, że w jeden dzień jej życie może zmienić się o sto osiemdziesiąt stopni — gdyby wiedziała, nigdy nie podjęłaby decyzji, na którą ostatecznie się zdecydowała. Myśl o tym, co mogła stracić, była zbyt przerażająca, by mogła być prawdziwa. Powoli zaczynało brakować jej tchu, a w gardle czuła suchość; nie poddawała się jednak, wciąż kurczowo trzymając się resztek wiary. Zbiegła po schodach, przeskakując co dwa stopnie, jakby miało jej to pomóc w zdążeniu na czas. W międzyczasie potknęła się o leżącą na posadzce szklaną butelkę, głośno przeklinając. Z rąk wypadł jej portfel, ale miała przecież bilet, to było najważniejsze, więc dalej gnała przed siebie.
— Hej, zaczekaj, zgubiłaś coś! — krzyknął ktoś z tyłu, jednak Hermiona biegła, nie zatrzymując się, mimo nawoływań jakiegoś mężczyzny. U szczycie kolejnych schodów zobaczyła wchodzącą na pokład stewardessę, który rozejrzała się wokół i zaczęła zamykać przejście do samolotu.
— Nie, nie, nie! — mruknęła do samej siebie, zaczynając zbiegać na dół. Ignorowała spadający z ramion płaszcz, myśląc tylko o tym, by jeszcze chwilę na nią zaczekali. Była już tuż przy wejściu, gdy drzwi ostatecznie się zamknęło. Stanęła w miejscu, schylając się i próbując złapać oddech. Straciła szansę na powrót do domu na odpowiednią godzinę.
— Nie…
Hermiona usiadła na ławce, stojącej niedaleko, i oparła ręce o kolana. Rytm jej serca nadal był przyspieszony; usiłowała uspokoić oddech, ale w tej chwili było to niesamowicie trudne. Jeszcze nigdy tak bardzo się nie spieszyła, jednak mimo to zawiodła. Jej idealne życie kolejnego dnia miało runąć i zdawała sobie sprawę z tego, że wina leży tylko i wyłącznie po jej stronie. Nie dała szansy ich miłości, zniszczyła coś, co tak skrzętnie budowali przez ostatnie lata. Poczuła w oczach piekące łzy. Zagryzła wargi, jakby miało to zatrzymać falę bezradności i wściekłości, jaka zaczęła się w niej rodzić. Miała ochotę zacząć wrzeszczeć, ale ten krzyk pozostał niemy, nie wydostał się z gardła. Była tylko ogłuszająca cisza, która zabrała ze sobą ostatnią nadzieję.   
— Chyba coś zgubiłaś. — Usłyszała nad sobą głos kogoś nieznajomego. Podniosła wzrok do góry i dostrzegła mężczyznę, który wyciągał w jej stronę dłoń z portfelem, należącym do niej. Widocznie on też spóźnił się na swój samolot, bo podobnie jak ona trzymał w dłoniach bilet. Wyglądał na kilka lat starszego. Hermiona odwróciła się w jego stronę i westchnęła, poirytowana swoją nieostrożnością. Ukradli jej już torebkę, a teraz mogła zgubić swoje ostatnie pieniądze, których, notabene, nie było zbyt wiele.
— Dziękuję — odparła, posyłając w jego stronę wymuszony uśmiech. Zdecydowanie nie miała powodów do radości. Nie wtedy, gdy jej życie kolejnego dnia mogło się zburzyć.
Wstała z ławki, kurczowo ściskając w dłoni pognieciony już bilet na samolot. Na samolot, który już odleciał, a wraz z nim szansa na kontynuowanie, w swoim mniemaniu, szczęśliwego życia. Tak naprawdę nie potrzebowała do szczęścia wiele; wystarczało jej poczucie, że jest dla kogoś najważniejszą osobą i że bez niej świat przestanie istnieć. Marzyła o miłości jak z komedii romantycznej, a tymczasem na nią przypadł słaby dramat. Nie podobało jej się takie rozdanie roli, nie tego oczekiwała, gdy mama opowiadała jej o czekającym gdzieś na nią księciu z bajki.
Stanęła w miejscu, kilka metrów od siedzącego na ławce mężczyzny, który przyglądał się jej z pewnym zaciekawieniem. Byli jednymi z kilku osób, które jeszcze znajdowały się na lotnisku. Większość udała się do hoteli z racji tego, że do samego rana nie kursowały już żadne samoloty. Może w takiej sytuacji nie tylko ona straciła szansę na coś ważnego? Może ktoś przechodził przez coś jeszcze gorszego? Kiedy kilkanaście minut wcześniej w informacji dowiedziała się o złych warunkach pogodowych, nawet nie brała pod uwagę faktu, że odprawa może się przeciągnąć i może nie zdążyć na ten ostatni samolot. Była pewna swego do samego końca.
Hermiona włożyła odzyskany portfel do kieszeni płaszcza, jakby miało jej to w czymś pomóc; tak naprawdę w portmonetce miała tylko kilka drobnych, więc równie dobrze mogłaby wyrzucić ją do kosza. Ostatnie pieniądze wydała na bilet, próbując, jak zwykle w ostatniej chwili, ratować jeszcze swój związek. Teraz jednak szansa na zawsze przepadła i musiała pogodzić się z porażką. Przecież nie mogła zawsze wygrywać. Porażki były czymś, co było pokazywało, jakie naprawdę jest życie — nie zawsze kolorowe, ale też bezduszne, nie dające możliwości naprawienia popełnionych błędów. Poddawanie się nie było w jej stylu, bo zawsze do końca próbowała się ratować, chwytać ostatnich desek ratunku, ale tym razem nawet to zawiodło.
Zapominając o siedzącym gdzieś za nią nieznajomym mężczyźnie, ruszyła przed siebie, nie mając nawet konkretnego celu. Dopiero kiedy zauważyła siedzącą w informacji starszą kobietę, obudziła się w niej nikła nadzieja, że może jeszcze nie wszystko zostało zaprzepaszczone. Hermiona ruszyła w stronę okienka, modląc się o cud, dobrze wiedząc, że tylko to może ją uratować.
— Przepraszam, wie pani, czy mając ten bilet mogłabym wylecieć z innego lotniska do Londynu? Bo dowiedziałam się, że to lotnisko lada moment będzie zamknięte… mogłaby mi pani pomóc?
— Tak, panienko, to był ostatni samolot w tamtą stronę i niestety w tym terenie zostały odwołane wszystkie loty, nie tylko na naszym lotnisku. Kolejny samolot dopiero nad ranem, o ile naprawdę zmieni się pogoda, więc proszę przyjść tu jutro. 
— Nie, nie… Musi być jeszcze jakiś samolot, jest dopiero dziewiąta!
— Przykro mi, złe warunki pogodowe… Chciałabym pani pomóc, ale niestety nic na to nie poradzę — odparła, uśmiechając się lekko, jakby chciała pocieszyć Hermionę. Pokiwała wolno głową, próbując się pogodzić z tą informacją. Przeklęła po raz kolejny tego wieczora; to było tak do niej niepodobne! Zawsze miała nad wszystkim kontrolę, a tym razem czuła, że wszystko wymyka się z jej rąk. Może gdyby nie zawsze otrzymywała to, czego pragnie, porażka tak bardzo by nie bolała.
Nie mając konkretnego celu ruszyła w stronę ogromnych drzwi, aby wyjść z budynku. Musiała gdzieś spędzić noc, a w tak ogromnym mieście znalezienie taniego noclegu było praktycznie niemożliwe, więc nie wiedziała, gdzie tak właściwie może się podziać. Mogłaby iść pospacerować po mieście, ale tak proste poddawanie się nie było w jej stylu, zawsze nawet wtedy, gdy wszystko zawiodło, próbowała szukać nowych rozwiązań. W jej sytuacji mogło być to trochę problematyczne — nie miała torebki, w której było większość jej rzeczy, nie zostało jej również zbyt wiele pieniędzy. Nadal trzymała w dłoni pognieciony bilet, ale tak czy inaczej nie miała już z niego użytku. Roześmiała się, kiedy uświadomiła sobie w jak beznadziejnym położeniu tak naprawdę się znajduje. Mijając kosz na śmieci wyrzuciła kawałek papieru, dobrze zdając sobie sprawę z tego, że już się jej do niczego nie przyda.
Wyszła przed budynek. Chłodne powietrze uderzyło ją w twarz, dzięki czemu od razu się orzeźwiła. W tym momencie żałowała, że nie miała ze sobą rękawiczek — nadszedł listopad, więc noce były o wiele chłodniejsze niż dnie. Mimowolnie skuliła się, obejmując ramionami, by choć trochę się ogrzać. Póki była na lotnisku zimno jej nie przeszkadzało, ale kiedy wyszła na zewnątrz… zdecydowanie wolałaby zostać w środku.
Hermiona nagle poczuła, że ktoś się jej przygląda. Zmarszczyła brwi i powoli spojrzała w bok, czego od razu pożałowała. Miała ochotę jak najszybciej uciec z tego miejsca, ale patrząc na to, że miała do wyboru tylko ciemną uliczkę, zrezygnowała. Zacisnęła wargi, modląc się, by jej nie rozpoznał. Nie miała ochoty na wzajemne dogryzanie sobie — ten dzień i tak był dla niej mało łaskawy, a spotkanie z nim tylko wszystko by pogorszyło.
— Hermiona Granger, sama, w Paryżu, wieczorem. — Usłyszała obok siebie kpiący, niegdyś znienawidzony głos. Westchnęła, odwracając się w kierunku, z którego dochodził dźwięk. Mogła przypuszczać, że on nie zmarnuje okazji na przepychankę słowną.
— Draco Malfoy, okropnie miło cię znowu spotkać.
Malfoya widziała ostatnio kilka miesięcy temu, gdy minęli się na korytarzu w Ministerstwie. Niby przypadkiem potrącili się ramionami, ale nie zwrócili na siebie większej uwagi. Mieli wspólne wspomnienia — jednak były to tylko i wyłącznie złe wspomnienia. Podczas nauki w Hogwarcie darzyli siebie silną nienawiścią, bez żadnego konkretnego powodu, po prostu tak musiało być, z reguły. Wzajemne dogryzanie sobie stało się wówczas czymś normalnym; nie potrafili inaczej funkcjonować, jeśli chodziło o tą znajomość. Oboje nie wyobrażali sobie siebie rozmawiających jak normalni ludzie.
Hermiona głośno się roześmiała, gdy zorientowała się, kto stoi naprzeciwko niej i jak ta sytuacja wygląda z boku. Ten dzień był prawdziwą katastrofą, a w dodatku teraz musiała spotkać kogoś, kto był ściśle związany z gorszą stroną jej przeszłości. Po zakończeniu wojny nienawiść, która była między nimi, przerodziła się w obojętność: on nie wchodził jej w drogę, a ona jemu. On gdzieś wyjechał, podobno krążąc po świecie w poszukiwaniu zbiegłych śmierciożerców, a ona została, pracując w Ministerstwie Magii i co jakiś czas udając się za granicę w delegacje. Oboje zachowywali się tak, jakby sześć lat nauki w Hogwarcie nigdy nie miało miejsca; jakby rzucane wyzwiska były jedynie wyimaginowanym obrazem wyobraźni, a nie czymś, co zdarzyło się naprawdę.
— Co Granger robi o tej porze na lotnisku? — zapytał, opierając się o ścianę.
Kobieta zmarszczyła brwi, nie wiedząc, czego powinna oczekiwać, ani jak tak właściwie odpowiedzieć na zadane pytanie. Szukała w jego zachowaniu podstępu — przesadzała. Analizowała każdy jego ruch, jakby zaraz miało stać się coś strasznego. Zapomniała, że nie byli już w szkole, a tylko spotkali się przypadkowo na dworcu po kilku latach mijania się bez słowa na korytarzach Ministerstwa. Draco Malfoy był dla niej obcą osobą, z którą dzieliło ją tylko kilka epizodów z przeszłości i miała nadzieję, że to spotkanie również będzie jedynie krótką, nieznaczącą rozmową. Nie mogła przecież wiedzieć, że ta jedna noc, to jedno, przypadkowe spotkanie, zmieni w jej życiu wszystko.
— Pewnie czekam na samolot. Właśnie odleciał ostatni do Londynu i do rana już żadne nie kursują ze względu na warunki pogodowe — odparła spokojnie. Nie miała ochoty stać w jego obecności i nagle ciemna uliczka przestała być tak przerażająca. Wolała cokolwiek, niż rozmowę z nim. Zachowywała się dziecinnie, bo ciągle patrzyła na ich znajomość przez pryzmat przeszłości, a od tamtych wydarzeń minęło przecież tyle lat. 
Hermiona Granger pogubiła się w swoim życiu, choć uparcie chciała przekonać samą siebie, że wcale tak nie jest. Żyła w związku, który mimo że jej nie satysfakcjonował, chciała w dalszym ciągu w nim trwać. Dzięki niemu zyskała poczucie bezpieczeństwa i zawsze wiedziała, że ma dokąd wrócić. Praca w Ministerstwie Magii okazała się przykrym obowiązkiem, wypełnianym tylko po to, by nie mieć wyrzutów sumienia. Wciąż jej czegoś brakowało, mimo że na pierwszy rzut oka miała wszystko, czego tylko można było zapragnąć.
— Zapomniałaś, że jesteś czarownicą i możesz się teleportować?
— Malfoy, naprawdę nie muszę ci się z niczego tłumaczyć, więc jeśli możesz, zostaw mnie w spokoju. Twoje towarzystwo jest ostatnim, czego dzisiaj potrzebuję.
— Zaraz zrobi mi się przykro.
— Mam udawać, że się tym przejmuję? — zapytała, podnosząc do góry brew. Prowadzili rozmowę, jak normalni, dorośli ludzie, jednak Hermiona czuła się niekomfortowo w jego towarzystwie. Wolała samotność lub towarzystwo osób, którzy coś dla niej znaczyli. Odepchnęła się od ściany budynku, zaczynając iść wzdłuż ulicy. Panowała na niej ciemność, co trochę ją obawiało, ale przecież nie mogło stać się nic strasznego.
Draco patrzył na oddalającą się sylwetkę kobiety. Sam nie wiedział, czemu postanowił powiedzieć coś w jej kierunku. Równie dobrze mógł udać, że wcale jej nie zauważył, a mimo to podjął inną decyzję. Perspektywa spędzenia samotnej nocy, w centrum, nie była dla niego czymś zadowalającym — nie lubił być sam. A fakt, że z Hermioną Granger miał wcześniej kontakt, popchnął go do podjęcia rozmowy. Miał jakąś niewielką nadzieję, że ta noc nie będzie tak zła, jak podejrzewał, a towarzystwo kogokolwiek mogłoby mu jakoś w tym pomóc. W ostatnim czasie doskwierała mu samotność, brakowało mu kogoś, kto był dla niego ważny, chociaż sam nie chciał tego przed sobą przyznać. Udawał, że ma dobre życie.
Miał ochotę głośno się roześmiać, gdy zauważył, że kobieta na widok idących naprzeciwko niej kilku, głośno zachowujących się mężczyzn, zaczyna się cofać. Podniósł swoją torbę z ziemi i ruszył w jej kierunku. Pomyślał, że zachowuje się jak bohater, ratujący damę serca z opresji. W kolejnej chwili zastanowił się, co tak właściwie wyprawiał, ale było już za późno; znajdował się już za kobietą i mógł tylko improwizować.
— Kochanie, miałaś na mnie poczekać — powiedział trochę głośniej niż powinien, podkreślając słowo „kochanie”. Hermiona podskoczyła, czując dłonie Malfoya na swojej talii. Grupka mężczyzn zarechotała; jeden z nich puścił oczko w stronę Draco, podnosząc kciuk do góry. 
— Wybacz — odparła mocno.
Szli w ciszy, objęci; z boku wyglądało to tak, jakby byli naprawdę dobraną parą. W Hermiony głowie kotłowało się milion myśli, począwszy od wściekłości na Malfoya, kończąc na… również wściekłości na Malfoya. Przyspieszyła kroku, chcąc jak najszybciej dotrzeć do końca uliczki, więc idący przy jej boku Draco, zrobił to samo. Nie chciała już teraz wszczynać kłótni patrząc na to, że spotkani wcześniej mężczyźni wciąż ich obserwowali. W końcu znaleźli się na skrzyżowaniu — Hermiona wyrwała się z uścisku Draco, patrząc na niego ze złością.
— Nie musiałeś mnie ratować, poradziłabym sobie sama! — krzyknęła, mrużąc oczy.
— Nie wątpię, że poradziłabyś sobie z trzema, dwa razy od ciebie większymi, facetami — odparł, ironicznie się uśmiechając. — Widzę, że masz plany na tą noc?
— Moimi planami jest szybkie znalezienie transportu do Londynu. Malfoy… — zaczęła, gdy coś sobie uświadomiła. Być może jej dawny wróg mógł być jej jedynym ratunkiem. Policzyła w myślach do pięciu, chcąc się uspokoić. — masz różdżkę, prawda?
Uśmiech na jego twarzy nie był czymś, czego się spodziewała. Pokiwał przecząco głową; tak bardzo chciało mu się śmiać na widok jej zawiedzionej miny! Był to obraz, który bardzo poprawił mu humor i zaczął się cieszyć, że ruszył za kobietą. Przynajmniej miał jakieś zajęcie i nie stał bezczynnie pod lotniskiem, a mógł się z nią przez jakiś czas podroczyć. 
— Myślisz, że gdybym miał różdżkę, to czekałbym jak jakiś mugol na samolot, zamiast się teleportować?
Hermiona westchnęła, zaciskając oczy. Nie mogło przecież być aż tak źle, musiało być jakieś wyjście z tej sytuacji. Spotkanie Malfoya nie było przypadkiem, mocno w to wierzyła. W końcu przypadki nie istnieją, prawda?

22:00

Siedzieli na krawężniku, nie odzywając się do siebie przez dłuższy czas. Każde było pochłonięte swoimi myślami, więc nie chcieli sobie przeszkadzać. Hermiona miała około dziesięciu godzin, by dostać się z powrotem do Londynu. Nie miała pojęcia jak to zorganizować, bo jej jedyny środek transportu — samolot — nie zapewniał jej dotarcia do domu na czas. Po raz kolejny tego wieczora westchnęła, zwracając na siebie uwagę Malfoya.
— Moja różdżka przez przypadek została przełamana, więc sama wiesz, że nie nadaje się do niczego — powiedział, jakby chcąc się usprawiedliwić.
— A mi ukradli torebkę, w której akurat wtedy chwilowo trzymałam różdżkę.
Opuściła głowę, czując pod powiekami wzbierające się łzy. Nie chciała, żeby Malfoy widział ją w chwili słabości.
— Słuchaj, Granger, możesz tu siedzieć i się załamywać, ale możemy też znaleźć ci jakiś transport do domu, skoro jest to dla ciebie takie ważne. Mam w portfelu czterdzieści funtów, spróbujmy złapać taksówkę.
— Malfoy, nie udawaj głupiego. Za czterdzieści funtów nigdzie nie dojadę.
— A gdybym powiedział, że możliwe, że kilka ulic dalej mieszka mój przyjaciel…? Dalej będziesz mnie miała za głupiego?
— Czemu nie powiedziałeś wcześniej?! — krzyknęła Hermiona, zrywając się z miejsca. W jej oczach pojawiło się coś na kształt szczęścia i ogromnej nadziei, że jeszcze nie wszystko zaprzepaszczone.
— Zanim jednak pójdziemy, musimy zawrzeć chwilowy sojusz — powiedział mężczyzna, ignorując jej wcześniejsze pytanie. Hermiona spojrzała na niego z powątpiewaniem, unosząc prawą brew do góry.
— Jeśli to ma mi pomóc… w porządku. Możemy zawrzeć sojusz. — Hermiona wyciągnęła w kierunku Malfoya dłoń. Po chwili namysłu ujął ją.
Czy Hermiona miała obawy? Oczywiście, że tak. Nie do końca wiedziała, czy powinna wierzyć w dobre intencje Draco Malfoya, bo, jakby nie patrzeć, ich wspólna przeszłość niosła za sobą wiele sprzeczności. Kątem oka czujnie obserwowała mężczyznę, jego ruchy, próbując znaleźć w nich coś niepokojącego.
Zmienił się — z charakteru jeszcze nie wiedziała w jakim stopniu, ale w wyglądzie było widać dużą zmianę. Gdyby nie spotykała go przypadkiem raz na jakiś czas, teraz nie poznałaby go. Rysy jego twarzy znacznie się wyostrzyły, a na twarzy dostrzegła delikatny zarost. Niewiele pozostało w nim z chłopca, jakim był jeszcze w Hogwarcie. Minęło jednak kilka lat od zakończenia szkoły, więc w każdym zaszły jakieś zmiany, u niektórych większe, u części mniejsze. Nie dało się ukryć, że wojna odcisnęła piętno na wszystkich; na jednych mniej, na innych z kolei bardziej. Wspomnienia poległych wciąż pulsowały w głowie. Obrazy zniszczeń pojawiały się w najgorszych koszmarach, a krzyk torturowanych odbijał się echem w myślach. W życiu tych, którzy przeżyli tą rzeź, już na zawsze coś się zmieniło. Zaczęto inaczej patrzeć na swoje istnienia; czerpać trochę więcej radości ze zwykłych rzeczy, cieszyć się z każdej minuty, spędzonych w gronie najbliższych — właśnie tego nauczyła wojna. Uświadomiła ludziom, by cenić wszystko, co posiadają.
— Potrzebujemy więc metra — odezwał się Malfoy, wyrywając Hermionę z zamyślenia. — Nie mamy czasu iść na pieszo, więc najszybciej będzie pojechać. Uratuje twoje życie i zostanę bohaterem. Myślisz, że trafię na okładkę „Czarownicy”?
— Jak odstawisz mnie do domu na czas to obiecuję, że szepnę Lunie kilka słów — powiedziała Hermiona, wkładając zmarznięte dłonie do kieszeni płaszcza. Marzyła o łyku czegoś ciepłego, ale ważniejszy od potrzeby ocieplenia się był powrót do domu. Draco ruszył przed siebie, nawet nie sprawdzając, czy kobieta za nim idzie.
Rozmawiali jak dwójka normalnych ludzi. Jakby wcale nie dzieliło ich dziesiątki wypowiedzianych złych słów i jakby na ten jeden wieczór stali się dla siebie nieznajomymi, którzy dopiero co zaczynają się poznawać. Draco i Hermiona tej nocy pomyśleli, że w złych chwilach dobrze jest mieć kogoś, do kogo można się odezwać. To prawdziwe szczęście.
Los trochę z nich kpił. Nikt nie spodziewał się przecież, że w centrum Francji spotkają się dawni wrogowie, którzy w tej chwili będą prowadzili w miarę zwyczajną rozmowę. A jednak, znaleźli się na tym samym lotnisku, o tej samej godzinie, gdy odleciał samolot, którym oboje mieli dostać się do Londynu. Tak, los zdecydowanie sobie żartował i wszystko wskazywało na to, że miał to być dopiero początek ich wspólnej przygody.
— Błagam, nie mów, że zaraz ucieknie nam metro, nie mam siły znowu biec… — mruknęła Hermiona, widząc stojący już pojazd. Mieli do pokonania bramki i ruchome schody, a byli jeszcze tak daleko.
— Zaraz ucieknie nam metro — odparł, obserwując z satysfakcją wyraz twarzy kobiety. — Lepiej się pospiesz, albo odjadę bez ciebie.
Odwrócił się i zaczął biec, nie czekając na Hermionę. Kobieta mruknęła coś ze złością pod nosem i poszła śladem mężczyzny — ruszyła w pościg za uciekającym czasem. Mogła jeszcze go nadrobić, nadal była jakaś szansa, więc nie zamierzała się poddawać, chociaż wcześniej myślała, że jest na straconej pozycji. Jej wybawieniem okazał się Malfoy. Pokonali schody, przeskakując co kilka stopni. Do metra wpadli w ostatniej chwili, wtedy, gdy zamykały się drzwi. Mężczyzna, siedzący niedaleko, uśmiechnął się na ich widok i wrócił do czytania gazety. Granger nie widziała nic śmiesznego w tym, że zdążyli w ostatniej chwili.
Hermiona głośno sapała, usiłując unormować swój oddech. Czuła w gardle suchość i marzyła o łyku wody. Widząc jednak na końcu wagonu mężczyznę, sprawdzającego bilety, od razu ode chciało jej się pić. Nie chciała, żeby wyglądało to nienaturalnie, więc powoli wyprostowała się, niby przypadkiem nachylając się w stronę Malfoya, stojącego po przeciwnej stronie.
— Malfoy, czy masz bilety? — zapytała cicho Hermiona, uśmiechając się i próbując nie wzbudzać podejrzeń. Draco przeklął, widząc zbliżającego się kontrolera.
— Chodź za mną i zachowuj się naturalnie — odparł, chwytając rękę kobiety. Oczywiście, że zapomniał o biletach. Ten plan był zbyt doskonały, by mógł się powieść. Zaczęli iść w przeciwnym kierunku od sprawdzającego, a każde z nich modliło się tylko, by metro za chwilę się zatrzymało. Widocznie jednak los po raz kolejny nie był dla nich łaskawy, bo okazało się, że kolejny przystanek jest nieco dalej niż zwykle. Fakt, że w pojeździe było mało ludzi, nie był dla nich sprzyjający.
— Przepraszam, niech państwo poczekają, sprawdzę bilety i pójdziecie dalej.
Usłyszeli za sobą męski głos. Hermiona spojrzała się na Malfoya, zastanawiając się, czy w jakiś sposób uda mu się uratować ich z opresji — w końcu to on tego wieczora miał być bohaterem i liczyła na jego kreatywność. Draco pokiwał głową w stronę kontrolera, sztucznie się uśmiechając, a później zrobił coś, na co Granger zdecydowanie nie była przygotowana; pociągnął ją za rękę i zaczął biec w stronę końca pojazdu. Liczył, że może starszy pan nie będzie miał tylu sił w nogach, by ruszyć za nimi w pościg, ale zdecydowanie się przeliczył, bo już po chwili w całym metrze rozległ się krzyk mężczyzny. Nawoływał, żeby się zatrzymali, albo inaczej wezwie policję, ochronę… i kogo tylko mogli zechcieć.
Dziwnym trafem, po raz pierwszy tego dnia, uśmiechnęło się do nich szczęście — metro zaczynało zwalniać co oznaczało, że już zaraz miał być kolejny przystanek. Hermiona, ciągnięta w dalszym ciągu przez Malfoya, w myślach stwierdziła, iż jeśli tylko wydostaną się z tego miejsca, udusi go gołymi rękami. Tego dnia biegała więcej, niż przez całe swoje życie, co zdecydowanie nie było dobre dla jej psychiki, a przede wszystkim kondycji. Co za dużo to niezdrowo — jak mawiała jej babcia. Hermiona zgadzała się z nią w tym przypadku w stu procentach, chociaż w wielu innych sprawach miały kompletnie różne zdania.
Pojazd stanął, kiedy akurat znajdowali się już przy ostatnim wyjściu. Wypadli z metra i nie zatrzymując się, wciąż biegli przed siebie. Hermiona odwróciła się i zauważyła wymachującego rękami mężczyznę, który coś krzyczał w ich stronę, jednak w tym całym zamieszaniu nie zrozumiała ani jednego słowa. Jej serce biło trzy razy szybciej niż normalnie, czuła, że jeszcze chwila, a przewróci się i już więcej nie podniesie. Trzymała się na nogach tylko i wyłącznie dzięki, a nie chciała tego przed samą sobą przyznać, Malfoyowi. Pobiegli w stronę ruchomych schodów i w końcu, zdyszani ciągłą ucieczką, wypadli na zewnątrz. Jeszcze przez chwilę szli szybszym krokiem, chcąc mieć pewność, że kontroler nie będzie dalej za nimi iść, jednak gdy znajdowali się już całkiem daleko, zwolnili. Skręcili w boczną uliczkę, dopiero zdając sobie sprawę z jednego faktu — wciąż trzymali się za ręce.
Hermiona zaczerwieniła się i trochę zbyt gwałtownie wyrwała rękę z uścisku mężczyzny. I zrobiła coś, co wydawało jej się w tej chwili najlepsze. Zaatakowała, wciąż zawstydzona zbyt bliskim kontaktem. Może kiedyś łączyła ich nienawiść, ale teraz byli dla siebie tylko nieznajomymi, którzy zaczęli poznawać się w nocy na ulicy Paryża.
— Malfoy, możesz mi powiedzieć jak to możliwe, że zapomniałeś o kupnie biletów? — zapytała Hermiona, kucając na chodniku.
Jej oddech był przyspieszony, a włosy napuszone. Podobnie wyglądał Draco, który ostatnio ze sprawnością fizyczną nie miał zbyt wiele do czynienia. Życie w ciągłym pośpiechu, podróżując w służbowych sprawach, nie należało do lekkich. Był zmęczony brakiem stabilizacji, bo gdzieś w głębi siebie chciał w końcu znaleźć dom. Nie zwykły budynek, podobny do miliona innych na tym świecie, ale taki, w którym rzeczywiście czułby się jak u siebie. Brakowało mu poczucia bezpieczeństwa, co takie miejsce mogłoby mu zapewnić. Spojrzał ze złością na Hermionę; jego policzki były delikatnie zarumienione, kompletnie nie pasowało to do jego bladej cery.
— A wszystko wiedząca Granger nie mogła o tym pomyśleć? — warknął w odpowiedzi, opierając się o ścianę kamienicy. Rzucił torbę z ubraniami na chodnik, chcąc trochę odsapnąć i ustabilizować przyspieszone w tej chwili bicie serca.
— To ty postanowiłeś zgrywać bohatera, więc myślałam, że o takich sprawach pomyślałeś!
— W takim razie nie myśl, bo kiepsko ci to wychodzi.
— Niech cię Merlin kopnie, Malfoy! Naprawdę nie mam pojęcia, czemu zgodziłam się na ten cyrk. Idę stąd, poczekam spokojnie do rana, może do tego czasu zdążę uratować swoje… — przerwała nagle, gdy dostrzegła, że powiedziała zbyt wiele. Mężczyzna spojrzał na nią z ciekawością, mrużąc oczy, jakby chciał odczytać jej myśli.
— Śmiało, idź — zachęcił ją Draco, wskazując dłonią na ulicę.
— Świetnie!
Hermiona wstała z chodnika, otrzepując spodnie.
— Genialnie! Wreszcie będę mieć spokój.
— Cieszę się, super! — krzyknęła, po raz ostatni odwracając się za siebie.
Przed nią cała noc spędzona w samotności. „Lepsze to niż towarzystwo Malfoya” — pomyślała, próbując się pocieszyć. A mimo wszystko na tą jedną godzinę to właśnie dzięki Malfoyowi zapomniała o tym, co wcześniej wprawiało ją w przerażające osłupienie. Świadomość, że kolejnego dnia to wszystko, co tak usilnie budowała przez ostatnie lata, runie i to tylko przez nią… Przez to, że nie dała im szansy. W jej oczach zebrały sobie łzy, gdy uświadomiła sobie, jak wiele straci. Spojrzała na zegarek, znajdujący się na nadgarstku. Czekało ją jeszcze tylko siedem godzin, spędzonych w Paryżu. Objęła się ramionami, by choć trochę się ogrzać i ruszyła ciemną ulicą.
Nie mogli przecież wiedzieć, że wystarczy jedna noc i kilka wspólnie spędzonych godzin, by coś nieodwracalnie zmieniło się w ich życiu.

8 cze 2017

Rozdział 30 (epilog)

„A jeśli będziesz kwiatem —
zakwitniesz mi w dłoni
Pragnieniem jeśli —
poszukam strumienia
jeżeli ptakiem —
ubłagam wszystkie czarne koty
A jeśli ciszą będziesz
I słów się wyrzeknę”*
Dwa lata później

— Nazywam się Hermiona Granger. Moja córka chorowała na ostrą białaczkę limfoblastyczną i zmarła po nieudanym przeszczepie dwa tygodnie później.
Wyznanie, które przez długi czas nie mogło mi przejść przez gardło, teraz nie sprawiało mi już tak ogromnego problemu. Z czasem zaczęłam przyzwyczajać się do tego, czego nie da się już zmienić. Zrozumiałam, że niektóre sprawy, takie jak śmierć, są nieodwracalne. Można krzyczeć, błagać, targować się, oddać swoje życie — wszystko co najcenniejsze — ale to nic nie zmieni. Wciąż stoi się w miejscu, nie mogąc ruszyć do przodu. Po jakimś czasie jednak człowiek zaczyna uczyć się na nowo chodzić; stawia kroki, jakby to były te pierwsze, a przecież tyle ich wcześniej pokonał. I wydawałoby się, że nie ma nic, co mogłoby już go zatrzymać…
— Jak miała na imię twoja córka, Hermiono?
Milczenie. Cisza boleśnie raniła wszystkich, obecnych w sali. Każdy zmagał się ze swoją przeszłością i każdy był w tym miejscu, by wreszcie z nią wygrać. Wspomnienia nie dawały jednak o sobie zapomnieć, były przy mnie w każdym momencie życia.
Czasami przypominałam sobie Sophie w najmniej oczekiwanych momentach, bo wystarczyła chwila, sekunda — jakieś dziecko, spotkane w sklepie, miało podobne oczy; bo wydawało mi się, że gdzieś za rogiem słyszałam jej śmiech. Zwykle w takich chwilach zaczynałam biec za tym dźwiękiem, ale po chwili stawałam i zaczynałam dusić się bolesną prawdą, nie mogąc złapać tchu. A prawda była taka, że nawet najsilniejsza na świecie miłość nie mogła nikomu, nawet mojemu dziecku, przywrócić życia. Terapia była tym, co miało zacząć pozwalać mi się godzić z tą brutalną prawdą. Wypowiedzenie jej imienia za każdym razem było dla mnie niewytłumaczalnie trudne i sama nie wiedziałam, czemu tak było; przecież to moja ukochana córeczka, ta, która zawsze dawała mi szczęście, a nagle, gdy zniknęła, myślenie o niej stało się tak ciężkie.
— Sophie.
— To piękne imię — powiedziała młoda kobieta prowadząca spotkanie. Miała ciepły głos, mówiła do mnie jak do przestraszonego zwierzęcia, które może spłoszyć się gwałtowniejszym ruchem. Na początku terapii właśnie taka byłam: przestraszona, wyczulona na każde spojrzenie czy gest. Każde słowo wydawało mi się atakiem, dopóki nie zrozumiałam, że w tym miejscu każdy próbuje pogodzić się z porażkami. Dopiero wtedy zaczęłam się otwierać i mówić, a nie tylko słuchać i uciekać. — Opowiesz nam jak wyglądała?
Serce zaczęło mocniej bić, a dłonie pocić. Czułam na całym ciele dreszcze — wracanie do tego było przerażająco trudne, ale było podstawą do uporania się ze wspomnieniami, z poczuciem winy. Przełknęłam głośniej ślinę i przegryzłam wnętrze policzka. Próbowałam ułożyć w myślach cudowne zdanie, które opisywałoby moje dziecko, ale żadne słowa nie przychodziły mi do głowy. Wszystko wydawało się puste, bez wyrazu, nie mające sensu, a Sophie miała sens…
— Była najpiękniejsza — odparłam, wpatrując się uparcie w swoje dłonie.

Dwa lata to dużo czasu, by nauczyć się na nowo żyć. Każdy znajduje sposoby na ukojenie bólu, związanego z utratą najbliższych osób — jedni zatracają się w pracy, inni spełniają swoje marzenia, żeby przekonać się, że życie wciąż ma sens i może jeszcze zyskać inne barwy niż tylko szarości. Czasem jednak, gdy człowiek traci wszystko, co było najcenniejsze w jego życiu, nic nie może pomóc. Codzienne wstawanie rano z łóżka wiąże się z kolejnym dniem udawania i zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego, że toczysz wojnę; wojnę o siebie z samym sobą. Często wygrywasz, ale zdarzają się porażki, po których podniesienie się trwa zbyt wiele czasu. Wtedy umyka ci to, co najważniejsze.
Podobno złe wydarzenia, które spotykają nas w życiu, najpierw nas załamują, owszem, ale później tworzą silniejszymi. Podnosimy się po porażkach, choć przecież ich nie planowaliśmy, mocniejsi, tak jakby nic nie mogło nas już złamać. W ciągu kilku ostatnich lat mojego życia przekonałam się jednak, że każde odejście osób, które zdążyłam pokochać, wiązało się z coraz boleśniejszymi upadkami. Upadkami tak mocnymi, że powstanie wymagało ode mnie zbyt wiele. Śmierć Sophie przeważyła szalę tego, ile byłam w stanie znieść. Przyszło załamanie i rozpacz, uczucia, nieopuszczające mnie przez lata. Po roku żałoby zaczęłam uczyć się z nimi żyć jak z najlepszymi przyjaciółmi, którzy zawsze są tuż obok. Po prostu akceptujesz ich obecność, aż w końcu istnienie bez nich wydaje się niemożliwe. Staje się to tak naturalne, jak to, że serce wciąż bije w piersi i że kolejnego dnia znowu się obudzisz, bo przecież nie ma innej możliwości. Wtedy też zacznie się kolejny dzień toczenia walki; każdej pory dnia i nocy walczyłam w największych bitwach, ale zdałam sobie sprawę z tego, iż najważniejszą wojnę przegrałam dwa lata temu. Teraz małe, pojedyncze zwycięstwa, znaczyły niewiele i zapewniały tylko krótkotrwałe szczęście.
Nigdy niczego nie żałowałam. Sophie była najlepszą częścią mojego życia, pokazała mi miłość, jakiej nigdy nie byłam w stanie doświadczyć, zostawiając za sobą tylko, albo aż, wspomnienia — ale były to najpiękniejsze wspomnienia, które miały pozostać w mojej pamięci już do końca życia. Moje dziecko było dla mnie światłem wśród panującej na świecie ciemności. Po jej odejściu przez długi czas błądziłam po omacku, jednak w końcu zorientowałam się, że tak da się żyć. Trzeba jedynie przyzwyczaić wzrok do czerni, aż w końcu coś się dostrzega. Wreszcie uśmiech pojawia się na twarzy częściej i zaczyna się po prostu… żyć, czerpać radość z czegoś, co już nigdy miało nie sprawiać szczęścia. A jednak się udaje.
Draco Malfoy… Draco Malfoy przez krótki czas nadał sens mojemu życiu — i chociaż brzmi to tanio, tak właśnie było. Nasza relacja oparta była na iluzji, pojedynczych chwilach, które uważaliśmy za te znaczące. Ta imaginacja doprowadziła do tego, że zaczęliśmy się od siebie uzależniać. Przez kilka miesięcy udało mi się dostrzec, że ten mężczyzna, z którym dzieliła mnie kiedyś tak ogromna nienawiść, zmienił się. Każdy człowiek zasługiwał przecież na drugą szansę i nigdy nie byłam rozgoryczona tym, iż ją ode mnie dostał. Razem stawiliśmy czoła naszej przeszłości, chcąc wreszcie pokonać ją na dobre — ale ostatecznie oboje zostaliśmy w niej uwięzieni, osobno, z daleka od siebie. Mogliśmy próbować wzajemnie się ratować, wydostać się z tej przeklętej pułapki, ale ilekroć usiłowaliśmy uciec, tylekroć zostawaliśmy z powrotem schwytywani. Została nam jedynie samotność i poczucie ogromnej straty, straty samych siebie. Ta  relacja zatruwała nas od wewnątrz, choć żadne nie chciało się z tym pogodzić. Razem nie byliśmy w stanie żyć, bo prześladowały nas wspomnienia; ale osobno było jeszcze gorzej. Wszystko, czego kiedyś byłam pewna, teraz okazało się jedną wielką niewiadomą. Pozostała jedynie niewiedza związana z tym, jak wyglądałoby nasze wspólne życie, gdyby to wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. Gdyby Sophie wyzdrowiała albo gdybym nigdy nie przyjechała do Denver.
Nie miałam wątpliwości, że kochałam: krótko, ale intensywnie. Wolałam te kilka miesięcy życia przy jego boku, niż wieczność z kimś, do kogo nie żywiłabym żadnego uczucia. Zrozumiałam, że gdy się kocha, nie jest ważne, w jaki sposób się to okazuje; czy jest się przy sobie w każdej sekundzie, czy tylko w tych najbardziej znaczących… ważne było, by kochać i być kochanym, nawet jeśli tylko przez chwilę i nawet jeśli ta miłość miała zostawić na sercu szramę nie do zagojenia. To, co było między mną, a Draco Malfoyem, skończyło się szybciej, niż zdążyło na dobre  zacząć. Z chwilą śmierci Sophie przekreśliłam szansę na nasze wspólne szczęście, choć serce uparcie krzyczało, bym tego nie robiła. Tym razem chciałam jednak po raz pierwszy zrobić coś zgodnego ze swoim sumieniem. I zrobiłam, niszcząc fundamenty tego, co udało nam się przez tak krótki czas zbudować. Okazało się, że mury były zbyt słabe, kruche, by przetrwać czas najgorszego sztormu. Przeszłość musiała pozostać przeszłością.
Wyszłam z taksówki przed samym cmentarzem. Minęły dwa lata — dwa długie lata pełne samotności, żalu i rozpaczy. Lata pełne wspomnień, zarówno tych pięknych, jak i złych. Po roku zrozumiałam, że nie powinnam pamiętać mojej Sophie tylko z okresu choroby, ale także sprzed niej, kiedy nasze życie było tak piękne. Zatracona w szczęściu nie zauważałam drobnych gestów, tych, które powinny znaczyć dla mnie najwięcej. Żałowałam, że dostrzegłam to tak późno, jednak tak właśnie jest w życiu — człowiek zaczyna widzieć najcenniejsze, gdy to traci. A ja nie chciałam już nic więcej stracić.
Przed wejściem kupiłam kilka białych róż. Sprzedawczyni kojarzyła mnie, w końcu co równy miesiąc nagle zjawiałam się w Denver, kupując identyczne kwiaty, tą samą ilość. Pięć: tyle, ile moja Sophie miała lat, gdy ktoś postanowił mi ją odebrać. Ten wieczór różnił się jednak od poprzednich, ponieważ mijały równe dwa lata od nocy, w której mój cały świat się rozpadł. Tylko dzięki Oliverowi udało mi się stanąć na nogi i byłam mu za to wdzięczna do końca życia. Już zawsze mieliśmy być sobie bliscy w ten dziwny sposób; już zawsze miało nam na sobie w pewnym stopniu zależeć. Wydawałoby się, że śmierć Sophie na dobre nas rozdzieli, w końcu straciliśmy coś, co nas łączyło, ale okazało się zupełnie inaczej. Okazaliśmy się dla siebie wsparciem wtedy, gdy przeszłość gwałtownie zaczynała nas nawiedzać i wtedy, kiedy wspomnienia dobrego życia przytłaczały, pokazując, jak wiele zostało stracone. Z biegiem czasu Oliver również znalazł swoją miłość, a poczucie winy przestało być dla niego tak męczące. Z kolejnymi mijanymi latami uczysz się z tym żyć i obecność tych uczuć jest tak naturalna, jak oddychanie. Po prostu to robisz.
Doszłam do grobu. Z rozczuleniem zgarnęłam śnieg z płyty, lekko się uśmiechając. Czy to możliwe, że w tym miejscu bardziej czułam obecność mojej Sophie? Przy życiu utrzymywała mnie ta złudna nadzieja, iż nie odeszła tak daleko, że wciąż jest przy mnie, chociaż jej nie widzę.
Usiadłam na ławce. Myślami byłam już daleko — usiłowałam przypomnieć sobie uśmiech Sophie, jej głos, śmiech. Nie zapomniałam go tylko i wyłącznie dlatego, że miałam kilka krótkich filmów z jej udziałem. Dzięki nim moje wspomnienia pozostawały wciąż żywe.

Kim byłam, jestem i zawsze już będę?
Niewolnik własnych wspomnień, uwięziony w przeszłości, zdany tylko na siebie. Niewolnik wspomnień, które do końca życia miały odbijać się echem w umyśle. Wspomnień, od których nie dało się uciec… Bo im częściej starałam się zapomnieć, tym one mocniej wracały, gwałtownie o sobie przypominając. W najmniej oczekiwanych momentach, jakby chciały pokazać, że nigdy się ich nie pozbędę. Były one tym, co nadawało przyszłości sens, dzięki nim kształtowała się teraźniejszość. A to, jacy jesteśmy, jest tylko i wyłącznie zasługą przeszłości. Można w zaparte twierdzić inaczej, ale prędzej czy później samemu się to dostrzega.
Niewolnik błędów, których nie dało się niczym naprawić; błędów, które wlekły się za mną przez całe życie niczym cień. Błędów, przyciskających do samej ziemi, aż brakuje tchu i sam już nie wiesz, czy jeszcze kiedykolwiek uda ci się normalnie zaczerpnąć powietrza. Łapczywie próbujesz go nabrać, ale im częściej to robisz, tym większe ogarnia zmęczenie. W końcu przestajesz walczyć, bo widzisz, że ta walka przestaje mieć sens. Z niektórymi porażkami człowiek musi żyć do samego końca, nie mogąc nic na to poradzić. Pogodzenie się z takim stanem rzeczy jest jedyną możliwością.
W gorszych chwilach często kurczowo łapałam się wspomnień i zaczynałam nimi żyć, choć nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Wpatrując się w pustą ścianę w głowie wciąż słyszałam śmiech Sophie, widziałam ją biegnącą w moją stronę z wyciągniętymi rączkami. Patrzyła ufnie, jakby przekonana, że nigdy jej nie opuszczę. Po chwili jednak wracałam na ziemię i zachłystywałam się prawdą — mojego dziecka już przy mnie nie było. Odeszło o wiele wcześniej, niż powinno. Pozostały mi fotografie, które utrwalały moją pamięć o nim.
Czasem przychodziły złe dni i w jednej chwili przypominałam sobie wszystko na raz — całe dotychczasowe życie przemykało mi przed oczami: wojna o Hogwart i śmierć tylu bliskich osób, utrata rodziców, aż w końcu Draco Malfoya i mojej Sophie. Wszystko to, co się zdarzyło, ukształtowało mnie na taką osobą, jaką się stałam. Przeszłość była nieodłączną częścią każdego życia i to, czy nauczymy się z nią żyć, zależy tylko od nas samych. Można pogodzić się z niektórymi sprawami i zacząć normalnie istnieć, ale można też wciąż, bezustannie, do niej wracać. Tylko my mamy wpływ na to, jak będzie wyglądało nasze życie i czy rzeczywiście pozwolimy przeszłości nami zawładnąć. 
Po dwóch latach przyszedł spokój — prawdziwy spokój. Taki, który nie wywoływał już w sercu pustki, ale dziwnego rodzaju szczęście. Po śmierci Sophie nie mogłam odnaleźć się w życiu przez bardzo długi czas, jednak w końcu odkryłam drogę powrotną. Rozwiązanie tkwiło w tym, by uświadomić sobie, jak wiele szczęścia spotkało mnie w życiu. To, że bezpowrotnie je straciłam, było osobną kwestią.
Wiedziałam, że w bardzo krótkim czasie doświadczyłam wiele złego; straciłam osoby, które kochałam całą sobą, przez długi czas nie mogąc uporać się z ich odejściem. Te wspomnienia już zawsze miały być przy mnie. Od niektórych rzeczy nie da się uwolnić.
— Hermiona? — Usłyszałam nagle gdzieś za sobą, co kompletnie wytrąciło mnie z rozmyślania. Chciałam ten wieczór spędzić samotnie, skupiając swoje myśli na Sophie, ale w tej chwili coś we mnie pękło.
Przymknęłam oczy, rozkoszując się tym głosem; minęło przecież tyle czasu. Przychodząc w to miejsce miałam świadomość, że mogę go spotkać. Objęłam się ramionami, gdy wiatr mocniej zawiał. Kwiaty w wazonie na grobie poruszyły się niespokojnie, wprawione w ruch przez powiewy powietrza. Tak samo niespokojne było w tej chwili moje serce, walące w piersi kilka razy szybciej. Powoli odwróciłam się w kierunku, z którego dochodził dźwięk.
I ujrzałam mężczyznę, którego kiedyś kochałam.

18 maj 2017

Rozdział 29


Złożone obietnice nigdy nie powinny zostać złamane. To najgorsze co może być — widzieć w oczach ukochanej osoby tak niewyobrażalnie ogromną rozpacz i mieć świadomość, że w pewien sposób jesteś za to odpowiedzialny. Jako lekarz zawsze stałem z boku, obserwowałem żałobę rodzin moich małych pacjentów, sam nie biorąc w tym udziału; kiedy przyszło mi być uczestnikiem tej sytuacji, ciężar popełnionych błędów okazał się zbyt ciężkim do uniesienia bagażem.

— Tym razem nie pozwolę nikomu umrzeć.

Echo słów wypowiedzianych prawie rok temu, teraz wróciło, dając o sobie znać. Wziąłem na siebie odpowiedzialność za kolejne życie i znowu zawiodłem. Porażka może nie bolałaby tak bardzo, gdyby nie to, że Sophie przestała być dla mnie pacjentką, a zacząłem traktować ją zupełnie inaczej. Wspólne oglądanie bajek, gdy Granger pojechała na noc do domu, a ja z nią zostawałem, stało się dla mnie codziennością. Jej obecność, jej śmiech, jej głos — tylko to wystarczyło, by kolejny zły dzień nagle zyskał barwy. Teraz gdy odeszła, cała radość, którą wniosła przez osiem miesięcy do mojego życia, zabrała razem ze sobą. Miałem wrażenie, że już nigdy nie podniosę się po tym upadku; że już zawsze w oczach małych dzieci będę widzieć tylko Sophie i to jak wiele przepadło. Zawód, w którym pracowałem, był narażony na takie porażki i nie można było nic na to poradzić; pozostawało jedynie pogodzić się z przegraną. Zwykle takie choroby przychodzą nagle, niszczą wszystko, co udało się zbudować, dając małe szanse na przetrwanie. Tym mniejsze, gdy atakują dzieci.
Siedziałem w kuchni, pijąc kawę. Nad ranem wróciłem od Hermiony. Zobaczyliśmy się pierwszy raz od śmierci Sophie. Odszedłem od razu, kiedy Granger zasnęła. Nie potrafiłem patrzeć na jej rozpacz, nie potrafiłem i nie chciałem — czy jest coś gorszego, niż świadomość, że w żaden sposób nie mogłem zmniejszyć jej cierpienia? Pozostawało tylko patrzeć i próbować wyobrazić sobie, jak będą wyglądały kolejne dni. Jak wiele łez zostanie wypłakanych, jak często koszmary będą nawiedzały ją w snach. Wstałem z krzesła i wziąłem w ręce kubek po kawie. Włożyłem go do zlewu, praktycznie mechanicznie, nie myśląc nad ruchami, które wykonuję. Ostatnie dwie noce spędziłem na wpatrywaniu się w niebo za oknem. Pocieszająca była tylko i wyłącznie ta jedna myśl, że moja Granger ma nad sobą to samo niebo i też w nie patrzy.

— Nie odchodź, proszę.

Wyszeptała, gdy wczorajszego wieczoru pojawiłem się w jej mieszkaniu. Byłem z nią kilka godzin i marzyłem o tym, by przejąć na siebie część jej bólu. Hermiona Granger nie miała łatwej przeszłości, a teraz otrzymała dwukrotnie cięższy balast do uniesienia. Patrząc na nią nie byłem pewny, czy sobie z nim poradzi. Była słaba, podatna na zranienie; nie potrafiłem zrobić nic, co by jej pomogło. Mimo jej prośby odszedłem, uznając to za najlepsze rozwiązanie. Miała przy sobie ukochanych przyjaciół, którzy zawsze przy niej byli — ja nie byłem, dlatego nie zasługiwałem, by dzielić z nią smutek. W tej chwili najważniejsza była Hermiona i po raz pierwszy nie mogłem myśleć o sobie i swoim bólu, który z każdą chwilą ogarniał mnie coraz bardziej, tylko o niej i tym, z czym ona się mierzy. Przez prawie rok, który spędziłem przy nich, za każdym razem, gdy Sophie mówiła coś do Granger, ona wpatrywała się w nią jak zahipnotyzowana, wysłuchując z uwagą każdego słowa. Taka miłość — miłość matki do dziecka — zdarza się tylko raz w życiu. Teraz, gdy Sophie odeszła, Hermiona musiała odkryć radość w czymś innym.
Tego dnia złożyłem w szpitalu wypowiedzenie. Zamiast iść na pogrzeb Sophie, zaszyłem się w mieszkaniu, mając wrażenie, że nie zasługuję na to, by tam być. Jedno spojrzenie na nią mogłoby pogrążyć mnie już na zawsze. Dławiłem się poczuciem winy, faktem, że dziecko osoby, którą pokochałem, umarło. W chwili, gdy serce dziewczynki przestało bić, część mnie odeszła razem z nią. Wszystko to, co dawało mi w pracy radość, stało się niczym więcej, jak tylko złudzeniem. W końcu śmierć przychodzi po każdego prędzej czy później. Możemy starać się, by odwlec ten moment jak najbardziej, ale tak naprawdę wszystko jest już z góry zaplanowane i nikt nic na to nie poradzi. Nadszedł jeden z gorszych okresów w moim życiu — powrót do wspomnień sprzed lat jeszcze nigdy nie był aż tak intensywny. Każda osoba, która straciła przeze mnie życie, teraz stawała mi przed oczami. Jeszcze niedawno miałem wrażenie, że potrafię z tym jakoś żyć, ale gdy Sophie umarła — ta szansa przepadła. Zatopiłem się w swoim smutku, będąc egoistą, myślącym tylko i wyłącznie o sobie i swoim nieszczęściu. Nie widziałem nic innego. Zapomniałem o Hermionie i o tym z jak wielkim bólem musi mierzyć się ona. Po raz kolejny koncentrowałem się tylko na swojej osobie, nie myśląc o niczym innym.
Minął tydzień od czasu, gdy zrezygnowałem z pracy. Dziesięć dni od śmierci Sophie. Sto sześćdziesiąt cztery godziny, kiedy po raz ostatni widziałem Hermionę. Każdy dzień i każda noc wyglądały tak samo. Wystarczyło, żeby za oknem zapadła ciemność, a w każdej minucie wracały do mnie moje grzechy, winy, które miały ciągnąć się za mną do końca życia. To właśnie ta pora była najgorsza — tylko wtedy człowiek jest odkryty na każde cierpienie. Później wstawało słońce i wszystko było jakby lepsze. A może po prostu w blasku dnia każdy krył swoje cienie?
Starasz się normalnie iść na spacer, mówić „dzień dobry” mijanym ludziom, ale robisz to automatycznie. Wewnątrz zaczynasz gnić, nie dając nic po sobie poznać. Udawanie jest przecież takie proste.
Leżałem na łóżku, wpatrując się w sufit. Najgorsza w tym wszystkim była przerażająca cisza, na pozór dobra, dająca pochłonąć się myślami, ale z drugiej strony zabójcza. Ilekroć próbowałem zacząć normalnie funkcjonować, z powrotem zaszywałem się w pokoju, ze swoją przeszłością. Może to właśnie tylko na samotność zasługiwałem? Zajęty użalaniem się nad sobą praktycznie nie usłyszałem dzwonka do drzwi. W ciągu ostatniego tygodnia ktoś ciągle próbował się do mnie dobić — i jak podejrzewałem była to Megan — ale nie chciałem z nikim rozmawiać. Nie potrzebowałem pocieszenia i zapewnienia, że to nie moja wina. Pragnąłem tylko być sam. Kiedy jednak do dzwonienia dzwonkiem doszło głośne walenie w drzwi, wstałem z łóżka i wolnym krokiem ruszyłem w stronę wejścia. Gdy przechodziłem obok lustra mimowolnie spojrzałem w odbicie, czego od razu pożałowałem. Przekręciłem zamek i zanim zdążyłem otworzyć sam drzwi, zrobiła to Megan. Wparowała do środka, potrącając mnie ramieniem i od razu idąc w stronę mojego pokoju.
— Co tu robisz? — zapytałem, idąc za nią. Wróciłem do pokoju, gdzie kobieta ścieliła moje łóżko. — Co ty, do cholery jasnej, robisz?
— Koniec tego, Draco, koniec, nie mam zamiaru pozwolić ci się stoczyć — odparła, poprawiając poduszki. Wzięła w ręce puste butelki po whiskey, leżące na podłodze, patrząc na mnie z dezaprobatą. — Dałam ci tydzień. Tydzień, żebyś się otrząsnął i przestał myśleć tylko o sobie, ale skoro sam nie potrafisz tego zrobić, muszę ci pomóc. Nie dajesz mi innego wyjścia.
Usiadłem na łóżku, patrząc, jak sprząta pokój, zbiera brudne ubrania, opakowania po jedzeniu. Wszystko składała w jedno miejsce. Po jej wyrazie twarzy można było dostrzec, jak bardzo jest zmęczona ostatnimi dniami. Każdy odczuł ból po śmierci Sophie. Gdy umiera dziecko trudno wrócić z powrotem do normalnego życia.
— Nie było cię na pogrzebie Sophie.
— Wiem.
— Zwolniłeś się z pracy.
— Wiem.
— Co jeszcze zamierzasz zrobić, żeby do końca spaprać swoje życie? — zapytała, nie przerywając sprzątania. Megan była w tym momencie wściekła, a gdy tak było, nigdy nie stała w miejscu. Musiała pozbyć się zbędnych emocji i powiedzieć to, co sobie już o wiele wcześniej zaplanowała.
— Tego jeszcze nie wiem — odparłem. Kobieta podeszła do szafy z moimi ubraniami i wyciągnęła z niej pierwszą lepszą bluzę i spodnie. Rzuciła we mnie odzieżą, nie bawiąc się w delikatność.
— Masz być ubrany za dwie minuty. Będę czekać w kuchni.
— Nie widzę w tym sensu, Megan. Nigdzie nie idę.
— Pójdziesz.
— Nie pójdę.
— Boże… Przestań być takim egoistą, cholera, Malfoy! Kiedy masz zamiar się obudzić? Gdy będzie już za późno, by to wszystko naprawić? Nadal masz czas, a ona… Hermiona naprawdę cię potrzebuje. Nie było cię wtedy, gdy powinieneś ją wspierać, nie widzisz w tym żadnego problemu?
— Wcale mnie nie potrzebuje. Ma swoich przyjaciół i to oni są dla niej lepszym lekarstwem w tej chwili niż ja. Jedyne co będzie we mnie widziała, to osobę, przez którą jej córka umarła. Nikim więcej nie będę w jej oczach.
— Draco, nie poddawaj się — powiedziała cicho, podchodząc do mnie i kucając naprzeciwko. — Nie daj się wciągnąć w poczucie winy, nie teraz, gdy Hermiona jest tak załamana. Dzwonił do mnie jej przyjaciel, do ciebie zresztą też, ale miałeś wyłączony telefon. Nie chciała, żeby zostali z nią w mieszkaniu, jest sama, a wiesz, że w teraz to nie jest wskazane. Ktoś musi przy niej być, ale nikogo nie wpuszcza. Martwią się o nią. Straciła Sophie, nie może stracić też ciebie, obudź się, proszę.
— To nie ma sensu.
— Jeśli chodzi o drugiego człowieka, to zawsze wszystko ma sens. Nie bądź dzieckiem, pokaż, że ci zależy i że jesteś z nią w jej cierpieniu. Nie zasługuje na to, żebyś ją teraz zostawił.
Jej słowa podziałały na mnie jak kubeł zimnej wody. Zanim wstałem z łóżka jeszcze przez chwilę analizowałem w myślach to, co powiedziała. Zaczynałem rozumieć swoje błędy i modliłem się, by nie było za późno. Odszedłem od Hermiony Granger w momencie, gdy najbardziej mnie potrzebowała. Zniknąłem, nie oferując jej swojego oparcia.
Wstałem z łóżka i zakładając w pośpiechu buty, wybiegłem z mieszkania, zostawiając Megan samą.

„Pożegnanie się ze swoim dzieckiem nie jest trudne. Najgorsze jest nauczenie się bez niego żyć. Nikt nigdy nie zdecydował się opisać procesu żałoby po stracie najważniejszej osoby w swoim życiu, a jak ktoś próbował — zazwyczaj teksty te wydawały się suche, opisane jak to wygląda z boku, a nie bezpośrednio z perspektywy osoby, która przeżyła prywatny koniec świata. Nikt po prostu nie był gotowy, by to zrobić i chyba nikt nigdy nie będzie. Na takie rzeczy po prostu nie jest się przygotowanym, niezależnie od tego, czy ktoś zniknął nagle, bez pożegnania, czy jego odejście było kwestią czasu.
Jak to wygląda w rzeczywistości?
Wyobraź sobie, że wszystko, co uważałeś kiedyś za piękne, znika. Cały świat zostaje przysłonięty ciemnymi chmurami, dzień miesza się z nocą, słońce z księżycem. Przestajesz rozróżniać ciemność od jasności, jakby wszystko zlało się w jedno. Nie widzisz sensu we wstawaniu z łóżka, w normalnym życiu, choć mimo to próbujesz odnaleźć w nim radość. Starasz się — słuchasz radia, którego kiedyś słuchałeś ze swoim małym promykiem, ale przyłapujesz się na myśleniu, że coś jest nie tak. Wychodzisz na spacer, jednak plac zabaw, który mijasz, przywraca zbyt piękne wspomnienia. Zaciskasz powieki; chcesz przerwać to przedstawienie. Męczy cię już granie głównej roli, nie takim kosztem, jaki przyszło ci zapłacić. Im częściej starasz się jednak zejść ze sceny, tym bardziej reżyser spektaklu, którym jest twoje życie, drwi z ciebie, dokładając na plecy kolejne ciężary. Odsuwają się od ciebie ludzie. Kiedyś uważałeś, że będą przy tobie zawsze, a nagle, gdy robi się ciężej, ich już nie ma. Zostajesz sam. W swojej samotności, z całym bólem, ze łzami, którymi pisane jest od tej chwili twoje życie.
Już wiesz, co czułam kilka dni po śmierci Sophie.”
Zamknęłam notatnik, zrzucając go ze złością na podłogę. Opisanie swoich uczuć na durnych kartkach wcale nie przyniosło upragnionej ulgi, a jedynie więcej żalu i złości. Wszyscy wokół dawali cenne porady, jak poradzić sobie z żałobą, ale tak pięknie wyglądało to tylko w teorii: w praktyce nic nie mogło pomóc. Przejście przez żałobę było procesem, którego nie można było uniknąć, mimo tego, jak bardzo się pragnęło. Zapomnienie i zatracenie się w czymś też nie było żadnym rozwiązaniem. Dzień po pogrzebie Sophie przez głowę przemknęła mi myśl o wymazaniu wspomnień o moim dziecku — o rzuceniu prostego „Obliviate”, zaklęcia, które pomogłoby naprawić mnie, moje życie. Ta myśl nie dawała mi spokoju przez kilka dni, ale wreszcie zdałam sobie sprawę z tego, że zapomnienie jej równałoby się z tym, jakby nigdy nie istniała. A pamięć o Sophie musiała żyć, być wieczna. I tylko ja mogłam sprawić, że nie zostanie zapomniana.
W mieszkaniu jeszcze nigdy nie panowała tak przerażająca cisza. Są dwa rodzaje ciszy — ta, która przynosi spokój, ukojenie, oraz ta, w której człowiek się dusi, aż brakuje tchu, by zaczerpnąć powietrza, tak potrzebnego do dalszego życia. Jeszcze kilka dni temu idąc do kuchni, spotykałam tam Rona czy Harry’ego, którzy zagłuszali tą pustkę, ale odkąd kazałam im wrócić do siebie, wszystko z powrotem stało się bezbarwne. Nigdy tak bardzo nie potrzebowałam obecności drugiej osoby, jak w tej chwili, a mimo to byłam sama, na własne życzenie. Z myślami co by było, gdybym wybrała inną klinikę; gdyby lekarzem prowadzącym chorobę Sophie nie był Draco Malfoy, tylko ktoś inny. Bóg postanowił ze mnie zadrwić — między nami opadł mur nienawiści, zaczęło powstawać coś, co dawało mi szczęście — tylko w jednym celu — aby po chwili wszystko zniszczyć jednym zamachem. Dostałam dobre chwile i musiałam za nie zapłacić.
Położyłam się na kanapie, wciskając na pilocie ponownie „odtwórz”. W mieszkaniu zabrzmiał śmiech Sophie, a na ekranie telewizora po raz kolejny pojawiła się jej mała buzia.  Cisza przestawała być taka straszna, gdy słyszałam jej głos. Uśmiechnęłam się, widząc ją. Od pożegnania minął tydzień — siedem długich dni, siedem długich nocy, wypełnionych przerażającą bezsilnością, której nie potrafiłam niczym zapełnić. Jedyna osoba, mogąca jakoś to naprawić, odeszła. Teraz zmiany we mnie były zbyt trwałe, by móc je usunąć. Nie można było mnie już naprawić.  

— …i właśnie wtedy poznałam twojego tatę — powiedziałam, uśmiechając się do Sophie.
— Ale mamo, przecież nie da się latać na miotłach — odparła dziewczynka, mrużąc oczy. Minął dzień od momentu, w którym jej stan zdrowia zaczął się pogarszać. Nie przyjmowałam do siebie wiadomości, że coś jest nie tak i że te zmiany są nieodwracalne. Nie chciałam dopuszczać takiej myśli do swojej głowy, uparcie wypierałam się ich, nie pozwalając, by mnie pochłonęły. Starałam cieszyć się tym, co miałam, nie zastanawiając się zbyt długo nad przyszłością.
— Tata na pewno kiedyś ci pokaże, że się da. — Zaśmiałam się, spoglądając na siedzącego naprzeciwko mnie Olivera. Nie słuchał naszej rozmowy, myślami był daleko stąd i dopiero gdy chrząknęłam, zwróciłam jego uwagę. Powtórzyłam zdanie, a mężczyzna pokiwał niezbyt entuzjastycznie głową.
— Zabiorę — powiedział, pochylając się do przodu i chowając małe dłonie Sophie w swoich.
Oliver stracił nadzieję. Jako jedyny trzeźwo myślał i wiedział w jakim kierunku to wszystko idzie. Prawda była taka, że żadne z nas nie było w stanie zmienić tego, co stawało się z każdą godziną coraz bardziej nieuchronne. Spędzaliśmy w trójkę jak najwięcej czasu, jakbyśmy chcieli nadrobić wszystkie stracone lata. Pięć długich lat w niecałe trzy miesiące… Jedyne co w tej chwili miało znaczenie to to, by Sophie czuła się kochana przez swoich rodziców, niezależnie od tego, jak długo zajęło nam zrozumienie tej kwestii. Przeszłość została odłożona na bok, chwilowo zapomniana, niechciana — bo mieliśmy na głowie teraźniejszość.
Przykryłam Sophie szczelniej kołdrą, gdy po raz kolejny zapadła w sen. Zasypiała na krótko, budząc się z gorączką, coraz bardziej blada, wyczerpana. Choroba zaczęła ją zabijać, powoli i boleśnie. Patrzenie jak zaczyna znikać było dla mnie najgorszą karą, jaką kiedykolwiek mogłam otrzymać.
Trzymałam ją za rączkę, marząc o kilku dniach więcej dla mojego dziecka i modląc się o nie gorliwie do Boga. Kilkanaście godzin dłużej, niż było dla niej zaplanowane. Moja wiara nie była jednak wystarczająco silna, bo dwa dni później przekonałam się, że czas na targowanie się minął.

Ktoś zadzwonił do drzwi. Po kilku minutach, kiedy gość najwyraźniej nie miał zamiaru odejść, wstałam wolno z kanapy i ruszyłam korytarzem, by sprawdzić, kto jest po drugiej stronie. Z telewizora nadal dobiegał śmiech Sophie, niezmiennie od tygodnia. Obawiałam się, że przez resztę mojego życia tych kilka filmików, pokazujących jak dziewczynka uczyła się chodzić, jak szła pierwszy raz do przedszkola, albo pomagała mi w kuchni — miały pomóc mi w dalszej egzystencji. Tylko one trzymały mnie przy rzeczywistości. Nie spojrzałam przez wizjer, kto jest do drugiej stronie drzwi, od razu otworzyłam, nie zwlekając dłużej.
— Cześć — powiedział Oliver. Na jego widok — tak rozbitego i załamanego — w moich oczach mimowolnie zgromadziły się łzy, jakbym w tej chwili zdała sobie sprawę z tego, że nie tylko mnie tak ogromnie zabolała strata Sophie. Nie potrafiłam porównać bólu, który czułam, do czegokolwiek. Nie było takiej skali cierpienia.
Odsunęłam się na bok, wpuszczając mężczyznę do środka. Był ubrany w czarny płaszcz; nieogolony, z podkrążonymi oczami, jakby każdej nocy toczył walkę o choćby kilka minut snu. Po raz ostatni widzieliśmy się na pogrzebie, później każde z nas ruszyło w swoją stronę. Przez te kilka miesięcy łączyła nas Sophie, ale czy kiedy odeszła, nadal mieliśmy coś ze sobą wspólnego? Odpowiedź nasuwała się sama: tak. Nadal byliśmy rodzicami, mimo że naszego dziecka nie było już przy nas, ale wciąż pozostawała w naszych wspomnieniach. Oliver zmarszczył brwi, gdy usłyszał dźwięk dochodzący z salonu. Nie zdjął butów, nie spojrzał na mnie, od razu ruszył w stronę pokoju. Zanim do niego doszłam, musiało minąć kilka sekund. Nie spodziewałam się, że spotkanie go ponownie będzie dla mnie tak trudne.
— Chcesz herbaty? — zapytałam, stając w progu drzwi.
Nie odwrócił swojego wzroku od telewizora, pokiwał jedynie przecząco głową. Nie wiedząc jak w tej chwili się zachować, po prostu podeszłam do niego i usiadłam obok. Sophie na filmie śmiała się i wyjmowała z plecaka wszystkie rzeczy, pokazując co zabiera ze sobą do przedszkola. Zacisnęłam usta, sięgając po pilot i wyłączając telewizor. Chciałam wspominać ją sama, nie z kimś, nawet jeśli tą osobą był Oliver. Potrzebowałam samotności, bo tylko w niej mogłam wracać myślami do czasu sprzed choroby. Wtedy nic nie wskazywało na to, jaka okrutna okaże się przyszłość. Cieszyłam się tym, co mam, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że już wkrótce zostanie mi to odebrane.
— Jak się trzymasz? — zadał pytanie, opuszczając głowę.
— A ty? — odparłam łamiącym się głosem.
Sądziłam, że uda nam się porozmawiać, ale gdy przyszedł ten moment, okazało się, iż to zbyt ciężkie. Wstałam z kanapy i wyszłam z pokoju, idąc w stronę kuchni. Minęłam pokój Sophie, nie mając odwagi wejść do środka. Wszystko musiało zostać tam na swoim miejscu, nie chciałam nic ruszać. Bo jeśli to wszystko okazałoby się tylko złym snem… Sophie musiałaby mieć gdzie wrócić. Z takimi myślami każdej nocy zasypiałam i każdego ranka się budziłam. Bo przecież nadzieja umiera ostatnia.
W oczach Olivera widziałam Sophie. Jego ruchy przypominały mi moje dziecko. Tak samo jak ona marszczył czoło, gdy coś było nie tak. Nie potrafiłam być z nim w jednym miejscu, bo zbyt wiele wspomnień przywoływał mi jego widok. Wspomnień, które mogły pozostać tylko i wyłącznie wspomnieniami, niczym więcej.
Wstawiłam wodę w czajniku, chociaż tak naprawdę nie miałam zamiaru niczego robić do picia. Chciałam tylko na chwilę się czymś zająć. Nie usłyszałam, kiedy dokładnie Oliver pojawił się w kuchni; stałam przy oknie i przyglądałam bawiącym się na dworze dzieciom. Śnieg już stopniał, ale maluchy tak czy inaczej potrafiły znaleźć sobie zajęcie. Sophie pewnie marudziłaby, w końcu perspektywa siedzenia cały dzień w domu była zbyt nudna, i wyciągnęłaby mnie ostatecznie na plac zabaw. Później, kiedy byłybyśmy już w domu, zrobiłabym kakao, żebyśmy się ogrzały. Wieczorem obejrzałybyśmy dobranockę i najprawdopodobniej zasnęły razem na kanapie. W środku nocy przebudziłabym się, żeby zanieść Sophie do jej łóżeczka i myśląc nad tym, jak ogromne mam szczęście. Przyglądałabym się dziewczynce, zastanawiając się, czym sobie zasłużyłam, by otrzymać taki skarb. A teraz… teraz nie pozostało mi już nic. Najgorsze co może być to myśl o tym, czego się nie zrobiło, jakich słów się nie powiedziało. Obiecałam sobie, że już nigdy nie będę z niczym zwlekać, bo przecież każda chwila była na wagę złota. I każda chwila mogła być tą ostatnią.
— Wyjeżdżam, Hermiono. Wracam do Londynu — powiedział, przerywając ciszę. Zacisnęłam powieki, czując gromadzące się łzy. Kolejna osoba odchodziła.
— Kiedy? — zapytałam, przegryzając wargę. Nie chciałam teraz się rozklejać, nie przy nim.
— Jutro, pojutrze… Nie mogę tu dłużej być, zbyt wiele wspomnień, wyrzutów sumienia, po prostu nie mogę. — Podszedł do mnie, kładąc na moich ramionach dłonie. Czułam dreszcze, które były raczej spowodowane przerażeniem nadchodzącej samotności, niż jego dotykiem. — Zastanów się, proszę, czy nie chcesz wrócić ze mną… Pomogę ci stanąć na nogi w Londynie, razem sobie pomożemy. Tylko tak możemy przez to przebrnąć.
— Oliver… Dziękuję, ale zostaję, muszę zostać przy Sophie. — Odwróciłam się w jego stronę.
— Będę czekać do jutrzejszego wieczora na twoją odpowiedź i jeśli wtedy też nie będziesz chciała, zostawię cię w spokoju. Po prostu to przemyśl— odparł cicho.
Wyszedł z mieszkania, zostawiając mnie samą, jakby nigdy go tutaj nie było.

Była noc. Siedziałam przy łóżku Sophie, usiłując nie zasnąć; teraz była moja kolej pilnowania dziewczynki. Oliver siedział w fotelu — spał dopiero od kilku minut. Mimo że zasłużył na odpoczynek, pragnęłam, by trwał razem ze mną. Bałam się być sama, chociaż nie chciałam tego głośno przyznać.
— Nigdy cię nie opuszczę, zawsze będę przy tobie — szepnęłam, przyglądając się dziewczynce. — Wszystko będzie dobrze.
Zastanawiałam się, kiedy tak naprawdę stała się całym moim światem. Będąc jeszcze w ciąży niejednokrotnie zastanawiałam się nad oddaniem jej do adopcji; tyle par nie mogło mieć dzieci, a ja sama nie byłam pewna, czy dam sobie radę. Kiedy jednak zobaczyłam ją po raz pierwszy, wiedziałam już, że zrobię wszystko, by ją chronić. Nagle wszystkie rozmyślania nad tym straciły sens, bo już byłam pewna, że potrzebuję jej w swoim życiu. Miała być moim lekiem, moim szczęściem — to wszystko było już takie jasne, zrozumiałe, jak nigdy wcześniej.
 Draco dopiero co wyszedł z sali. Poszedł po kawę, bym mogła wytrwać tą noc. Namawiał mnie do wrócenia do domu, ale nie miałam zamiaru nigdzie się ruszać. Zostanie przy Sophie w tej chwili było dla mnie najważniejsze. Czułam, że jeśli odejdę, stanie się coś złego, coś, czego nikt nie będzie mógł naprawić. Moja Sophie potrzebowała mnie. Czekałam, aż się wybudzi i będę mogła przeczytać jej kolejną bajkę, opowiedzieć trochę więcej o Hogwarcie. Chciałam usłyszeć jej śmiech, bo może ten dźwięk dałby mi choć trochę siły do dalszej walki. Zaczynałam się poddawać, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Docierały do mnie fakty, o których wcześniej nie chciałam myśleć.
Była godzina druga w nocy, kiedy mój świat się rozpadł. Nagle maszyna zaczęła wydawać jednostajne dźwięki; w kilka sekund do sali wbiegła jedna z pielęgniarek. Zerwałam się z krzesła, chciałam krzyknąć, żeby zaczęła coś robić, ale głos ugrzązł w gardle. Zaraz za nią pojawił się Draco, który nie czekał — podbiegł do łóżka i zaczął wykonywać masaż serca. Coś krzyczał, zaraz po nim wbiegł do środka kolejny lekarz, zobaczyłam Megan, stojącą w progu drzwi. Tak wiele ludzi się przyglądało, a tak mało toczyło w tej chwili walkę. Serce mojej Sophie zbuntowało się, jakby chciało nam pokazać, że nie jest już w stanie więcej znieść. Przytrzymywana przez zszokowanego Olivera patrzyłam, jak próbują uratować moje dziecko.
— Wstawaj, Sophie — szeptałam przez półtorej godziny, w ciągu których próbowali przywrócić dziewczynce życie. Z każdą mijaną sekundą, w ciągu których nic się nie zmieniało, załamywałam się coraz bardziej.
Po pewnym czasie Draco spojrzał na mnie, kiwając przecząco głową. Wyrwałam się z uścisku Olivera, klękając przy łóżku Sophie. Na jej buzi, przeraźliwie bladej, wreszcie pojawił się spokój. Wyglądała tak, jakby spała. Miałam wrażenie, że zaraz zerwie się z łóżka i krzyknie „Cześć, mamusiu!”, ale nic takiego nie miało miejsca. Wciąż leżała nieruchomo i nic nie wskazywało na to, by coś mogło się zmienić. Wzięłam w swoje dłonie jej rączki, już zimne. Patrzyłam z niedowierzaniem, chcąc, by ktoś wreszcie wybudził mnie z tego koszmaru. Ogarnęła mnie ciemność, coś na zawsze się we mnie zmieniło. 
Mój głośny szloch przerwał ogłuszającą ciszę.

Pod wieczór, kiedy zaczęło robić się już ciemno, wyszłam z mieszkania. Musiałam się przewietrzyć, zacząć myśleć co dalej — chociaż minął dopiero tydzień. Usiadłam na ławce na placu zabaw. Wiatr mocniej zawiał, wprawiając w delikatne bujanie huśtawkę. Objęłam się ramionami, czując dreszcze. Pewne sytuacje w naszym życiu zmieniają wszystko. Pojawienie się Sophie na świecie dało mi niewyobrażalne szczęście; jej odejście z powrotem zabrało mi tą radość. Zatoczyłam krąg, wróciłam do miejsca, w którym byłam przed jej narodzinami. I nie miałam pojęcia, jak sobie z tym poradzić. Czułam bezsilność, bo po raz pierwszy w życiu naprawdę nie wiedziałam co dalej.
Musiałam nauczyć się na nowo żyć, spróbować znaleźć nowe szczęście.
W delikatnych podmuchach wiatru czułam jej obecność. Próbowałam pocieszyć się myślą, że może Sophie wcale nie odeszła tak daleko, a ciągle jest przy mnie, tylko po prostu jej nie widzę. We wspomnieniach jej uśmiechu widziałam nadzieję na lepsze życie i wiarę w to, że gdy kolejnego dnia się obudzę, brak jej obecności nie będzie tak bardzo bolał. Zaczęłam toczyć walkę o każdą pojedynczą pozytywną myśl, ale już na starcie skazywałam się na przegraną — było po prostu zbyt wcześnie. Przymknęłam oczy, wdychając powietrze. Po raz pierwszy od jej śmierci czułam spokój. Moje serce nadal było wypełnione pustką, ale z tym da się żyć. Po prostu wstajesz z łóżka, robisz wszystko automatycznie i starasz się jakoś funkcjonować. Nic nie mogło być takie, jak wcześniej, ale zawsze można stwarzać pozory. W końcu tak dobrze się gra, że samemu zaczyna się wierzyć, że już wszystko w porządku, że zaczynasz normalnie żyć. A to tylko zwykłe przedstawienie.
— Cześć. — Usłyszałam gdzieś za sobą. Odwróciłam się w stronę, z której dochodził dźwięk i uśmiechnęłam się, widząc Draco, który wreszcie postanowił się pojawić. Po tygodniu wrócił, jakby zrozumiał, co stracił. Usiadł obok mnie i położył swoją dłoń na ławce, niebezpiecznie blisko mojej.
— Cześć — odparłam krótko. Spojrzałam w dół, na nasze ręce, znajdujące się tak blisko siebie; tak niewiele dzieliło, by je połączyć, a jednak tydzień temu stało się coś, co na dobre przekreśliło naszą szansę.
— Możemy porozmawiać?
— Muszę wracać do domu —  odpowiedziałam, wstając z ławki. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w swoim mieszkaniu, jak najdalej od niego. Im dłużej przebywałam w jego obecności, tym robiłam się słabsza, bardziej podatna na wybaczanie. Zanim odeszłam poczułam na swojej ręce dłoń Malfoya, przytrzymującego mnie. — Puść.
— Przepraszam, tak bardzo przepraszam, że mnie nie było — powiedział, podchodząc bliżej. Wciąż trzymał moją rękę, nie dopuszczając do siebie myśli o odejściu. — Wiem, że zachowałem się okropnie, bo nie dałem ci wsparcia, którego tak bardzo potrzebowałaś, ale nie skreślaj mnie, nie teraz…
— Nic się nie stało, dzięki temu zrozumiałam kilka ważnych… rzeczy — przerwałam mu, wyrywając swoją rękę z jego mocnego uścisku. Uśmiechnęłam się, chcąc zapamiętać każdy rys jego twarzy. Wiedziałam, że jego oczy już zawsze będą pojawiać się w moich snach, w najgorszych koszmarach, pokazując mi, jak wiele straciłam. Draco Malfoy pokazał mi, jak kocha się najprawdziwiej; że to nie zawsze afiszowanie się byciem razem, a przeżywanie ze sobą pięknych chwil w samotności. Wreszcie zrozumiałam, na czym polega miłość, dzięki niemu nauczyłam się kochać i wiedziałam, że do końca życia będę mu za to wdzięczna. — Bądź szczęśliwy, Draco.
— Nie, czekaj, nie mów tak… Kocham cię, rozumiesz? Kocham i nigdy nie przestanę. — Draco stanął naprzeciwko mnie, biorąc w dłonie moją twarz i zmuszając mnie tym samym do spojrzenia na niego. Był zdesperowany, patrzył na mnie przerażony, sam nie wiedząc, co zrobić, by przekonać mnie do zmiany decyzji. Z moich oczu popłynęły pierwsze łzy, choć tak bardzo starałam się je powstrzymać. Dopiero teraz zrozumiałam, jak trudne jest odejście, ale też jak bardzo jest konieczne.
Każde z nas musiało pójść w swoją stronę. Ignorując rwące się serce, posłuchać po raz pierwszy rozsądku i zrobić to, co należy, a nie to, czego się chce. Bałam się, że pewnego dnia obudzę się i zobaczę w Malfoyu człowieka, który nie uratował mojego jedynego dziecka; chciałam oszczędzić mu takiego cierpienia. Nie mogłam wiedzieć, co przyniesie mi przyszłość, ale byłam pewna jednego — że wszystko najgorsze, co mogło się stać, już się wydarzyło. Czas żałoby był czasem, w którym należało zacząć uczyć się godzić ze stratą. Kolejne łzy nie przynosiły ulgi; rozpacz nie mogła przywrócić Sophie życia, a złość nie cofnęła czasu. Pozostało bezgraniczne poczcie pustki i smutek.
— Ja ciebie też, ale… nie ma dla nas szansy. Zbyt wiele się wydarzyło i nie potrafię o tym zapomnieć. Nigdy nie będę potrafiła zapomnieć. Nie chcę być szczęśliwa, gdy nie ma przy mnie Sophie. Nie chcę i nie mogę.
— Możesz, właśnie, że możesz. Ja mogę dać ci to szczęście. Dawaliśmy to sobie, pamiętasz? Pomożemy sobie nawzajem. — Draco uparcie ścierał płynące po moich policzkach łzy. Jego dłonie były zimne, tak samo zimne jak oczy. Przeżyłam z nim najpiękniejsze chwile, mieliśmy wspaniałe wspomnienia, jednak na tym musieliśmy się zatrzymać. Nie był nam pisany szczęśliwy koniec; od początku nasza znajomość była czymś nienaturalnym, a odejście Sophie jedynie pozwoliło mi to zrozumieć.
Kiedyś łączyła nas nienawiść. Wystarczyło jedno spotkanie po latach, żebyśmy zakochali się w sobie. To, co było między nami, bez wątpienia było czymś wyjątkowym, co było warte zapamiętania. Nasza relacja była krucha, jak zamek z piasku, który przy mocniejszym podmuchu wiatru mógł się zawalić. Ta delikatność sprawiła, że staraliśmy cieszyć się z każdej chwili razem, z pojedynczych spotkań. Jakbyśmy od początku przeczuwali zakończenie naszej wspólnej historii. 
 — Nie, puść mnie… Chcę wrócić do domu, bez ciebie, sama, zrozum. Po prostu zostaw mnie w spokoju, musisz to zrobić — powiedziałam łamiącym się głosem, dławiąc się łzami.
Odsunęłam się od niego, po raz ostatni dotykając jego dłoni, chcąc zapamiętać ten dotyk już na zawsze. Sama nie wierzyłam w to, co mówię, jednak miałam wrażenie, że to jedyne dobre rozwiązanie. Kilka dni wcześniej zostałam pozbawiona szczęścia, a w tej chwili pozbawiałam go siebie sama. Odsunęłam się w najgorszym momencie od mojej jedynej nadziei. Ciągle powtarzałam sobie, że to dla Sophie, że bez niej szczęście przy boku Malfoya nie jest możliwe.
Nasze życie nie było komedią romantyczną, w której główni bohaterowie wyznają sobie miłość dziesięć minut przed końcowymi napisami. Życie było o wiele bardziej skomplikowane, byliśmy zmuszeni podejmować wybory, które nie zawsze były tym, czego tak naprawdę pragnęliśmy. Podjęte decyzje, zarówno te gorsze, jak i dobre, nadawały sens naszym istnieniom. Kiedy jest się już dorosłym człowiekiem, zaczyna się to rozumieć. 
Postawiłam kilka kroków, ale gdy ponownie usłyszałam jego głos, zatrzymałam się jeszcze na chwilę, z powrotem się odwracając. Jakiś mężczyzna, stojący pod blokiem, patrzył się na nas, jakby nasze rozstanie było genialnym przedstawieniem.
— Nie chcę dać ci odejść — szepnął, kiwając głową na boki.
— Ale ja już odeszłam.

Wbiegłam do mieszkania i od razu skierowałam się w stronę swojego pokoju. Wyciągnęłam spod łóżka walizkę, ignorując spływające po policzkach łzy. Wrzuciłam do torby kilka rzeczy, szukając w telefonie jednego z kontaktów. Myślałam, że mogę zostać w Denver, ale to miasto przywoływało zbyt wiele złych wspomnień. Musiałam uciec, przynajmniej na najbliższe tygodnie. Zostanie w tym miejscu wiązało się ze zbyt ogromnym bólem, którego nie potrafiłam znieść. Utrata dwóch najważniejszych osób w moim życiu okazała się być czymś, z czym nie dawałam sobie rady. Jeszcze rano myślałam, że uda mi się zacząć normalnie funkcjonować, ale po rozmowie z Draco nie miałam wątpliwości, że ucieczka jest jedynym dobrym rozwiązaniem. W końcu nagłe znikanie wychodziło mi tak dobrze.
— Oliver? Zmieniłam zdanie, wracam z tobą do Londynu.

Layout by Alessa Belikov