6 wrz 2015

Rozdział 15


Minuty mijały, a pogotowie nadal nie przyjeżdżało. Moje dłonie ciągle drżały, nie potrafiłam się uspokoić, chociaż powinnam była zachować trzeźwość umysłu. To była taka druga sytuacja, w której przerażenie wygrywało — za pierwszym razem także spanikowałam. Strach o życie mojego dziecka był zbyt wielki, przejmował nade mną kontrolę, a ja nie potrafiłam jej odzyskać. Malfoy coś do mnie mówił, jakieś słowa, coś chyba nawet krzyknął, ale ja nie umiałam tego rozróżnić, zupełnie tak, jakbym na tę jedną chwilę utraciła zdolność logicznego myślenia. Nie zastanawiałam się, co do mnie mówił, w tym momencie nie obchodziło mnie nic więcej, oprócz cichego szeptania do mojej małej kruszynki. Jej każdy oddech był dla mnie powodem do życia, do uśmiechu i tak zwyczajnie nie potrafiłam wyobrazić sobie życia bez niej. Była dla mnie więcej niż całym światem, nie widziałam poza nią nikogo ważniejszego, bo nikt do tej pory nie wniósł tyle radości do mojego całego życia.
Nie wiedziałam dokładnie, ile minęło czasu, nawet nie pamiętałam co w tym czasie robił Malfoy, który raz przy mnie był, a raz gdzieś znikał… Cieszyłam się gdzieś głęboko w środku z jego obecności, co uświadomiłam sobie dopiero później; całe moje myśli skupione były tylko i wyłącznie na mojej Sophie. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego w momencie omdlenia i upadku nie było mnie przy niej. Jaką byłam matką, skoro nawet nie potrafiłam jej dobrze przypilnować? Po chemioterapii była osłabiona, powinnam to dobrze wiedzieć i nie pozwalać jej, aby tak mało jadła. Byłam na siebie wściekła, rozgoryczona i mało brakowało, by z oczu poleciały pierwsze łzy. Nagle poczułam, że ktoś podciąga mnie do góry, potrząsając gwałtownie ramionami. Spojrzałam nieprzytomnym wzrokiem na mężczyznę, a w moich oczach czaił się strach. Gdybym była do tego zdolna, z mojego gardła wyrwałby się krzyk, ale w dalszym ciągu pozostawał on niemy.
— Granger, jedziemy do szpitala. — Głos Malfoya docierał do mnie z daleka, zupełnie tak, jakby między nami istniała jakaś bariera, a on stał po drugiej stronie. Automatycznie kiwnęłam głową, nawet nie myśląc, żeby zaprotestować. To wszystko działo się tak szybko, byłam przerażona. Walka z Voldemortem, niszczenie horkruksów, to wszystko wydawało się niczym w porównaniu z tym, co działo się teraz. Moje serce biło w nienaturalnym rytmie, a oczy, szeroko otwarte, zdradzały przerażenie.
— Opanuj się, Granger, do jasnej cholery — warknął Malfoy, nawet nie siląc się na uprzejmy ton. Jego ręce trzymały mnie mocno, jakby w dalszym ciągu myślał, iż mogę prędzej czy później upaść. Dzięki niemu wzięłam kilka mocniejszych wdechów i to dzięki niemu w mojej głowie znowu zapanował spokój. Zaczęłam logicznie myśleć, strach przemienił się w determinację i wolę walki, mimo że nadal był we mnie niepokój. Oddech uspokajał się z mijanymi sekundami , a dłonie przestały, jak na zawołanie, drżeć. — Spokojnie… — dodał ciszej, wpatrując się intensywnie w moje oczy.
Nadal mnie trzymał, chociaż tak naprawdę wcale tego nie chciałam. Na jego twarzy malowała się stanowczość, wiedział, co robić, a ja postanowiłam mu zaufać. Był lekarzem Sophie, chciał dla niej jak najlepiej, dobrze to wiedziałam. W końcu mnie puścił, od razu kucając na podłodze i biorąc na ręce moją córkę. Wiedziałam już, co powinnam robić, tak po prostu. Wszystko wydało mi się nagle oczywiste. Szybko podbiegłam do łóżka Sophie i zgarnęłam z niego koc, nie bawiąc się w żadną dokładność. Podałam go Malfoyowi, nic przy tym nie mówiąc. Nawet nie zwróciłam uwagi, że nasze dłonie zetknęły się, w tym momencie to nie było ważne. Mężczyzna okrył dziewczynkę kocem, a ja w międzyczasie już biegłam do drzwi, aby je szybko otworzyć. W ciele buzowała adrenalina, w myślach powtarzałam wciąż jedną i tę samą myśl: „szybciej, błagam, szybciej…”. Czas jednak był okrutny, każda sekunda zdawała się być minutą, a minuta godziną.
Draco ruszył szybkim krokiem za mną, działaliśmy wspólnie, idealni zgrani. Kiedy ja zamykałam drzwi, on już biegł z Sophie na dół, by jak najszybciej dotrzeć do samochodu, do szpitala. Minęłam zdziwionego sąsiada, ale nie zwróciłam na niego uwagi, po prostu przebiegłam tuż obok niego; nie pamiętam, czy przypadkiem nie potrąciłam go ramieniem. Nie obchodziło mnie to, nie teraz. Schody pokonywałam co dwa stopnie bez obawy, że mogę się potknąć. Starałam się oddychać miarowo, ponieważ nie mogłam sobie pozwolić na panikę. Bałam się chociażby pomyśleć co byłoby, gdyby nie było przy mnie Malfoya. Musiałam zacząć panować nad swoim strachem.
Wybiegłam z klatki, zatrzymując się na chwilę w miejscu i rozglądając się. Szybko dostrzegłam Malfoya, ponieważ stać kilka metrów dalej, otwierając drzwi samochodu. W jego ramionach Sophie wyglądała na tak małą, tak bezbronną, że serce ścisnęło mi się z rozpaczy. Pokręciłam jednak z rozdrażnieniem głową, próbując wyrzucić z głowy te myśli. Później nadejdzie czas na myślenie. Draco, jakby czując mój wzrok na sobie, spojrzał na mnie przez ramię, upewniając się, iż jestem tuż za nim. Rozumiejąc się bez słów, niemal od razu wpadłam do samochodu, na tylne siedzenia. Mężczyzna podał mi delikatnie Sophie, układając jej główkę na moich kolanach. Jej ciałko, tak małe, wydawało mi się jeszcze mniejsze niż zwykle. Poprawiłam czapeczkę na jej główce, ponieważ zsunęła się, zapewne kiedy Malfoy jeszcze biegł. Nie zauważyłam nawet, kiedy blondyn odpalił samochód i z głośnym piskiem odjechał spod bloku. Wydawało mi się, że zanim ruszyliśmy, usłyszałam swoje imię, krzyczane przez kogoś, jednak nie miałam głowy, aby o tym myśleć. To nie było ważne.
Malfoy jechał bardzo szybko, płynnie zmieniając biegi i co rusz dodając gazu. Bałam się spojrzeć na licznik i na to, na jakiej cyfrze akurat teraz będzie się znajdywała wskazówka. Po raz kolejny przeklęłam samą siebie w myślach za brak posiadania prawa jazdy. W tym też momencie obiecałam sobie, że gdy sytuacja z Sophie choć minimalnie się unormuje, pójdę na kurs. Bo jeśli ciągle miałabym być samotna, potrzebowałam odrobiny niezależności, jaką mógłby dać mi samochód. Nie musiałabym zmieniać swoich planów, kiedy taksówkarz akurat nie mógłby podjechać pod dom. Tak, prawo jazdy było drugą rzeczą, którą pragnęłam zrobić po powrocie do zdrowia Sophie. Pierwszą było zadbanie, aby dziewczynce niczego nie brakowało i nigdy nie czuła się samotna. Moja obecność, dobrze to wiedziałam, była dla niej ważna i chciałam, by było tak już do końca.
— Nie wysyłajcie karetki, już jedziemy… Tak, za trzy minuty będziemy, więc bądźcie gotowi. Nie, nie mam pojęcia, badania miała robione dzisiaj, ale nie wskazywały, że coś takiego może się zdarzyć. Tak, Megan, jestem pewny, dla pewności jeszcze raz wszystko zrobimy, jeśli coś pomylili w laboratorium osobiście dopilnuję, żeby… Nie, nie będę miły, nawet na to nie licz — mówił Malfoy głosem nieznoszącym sprzeciwu. Był poważny, maksymalnie skupiony na jeździe, jedynie dłonie, zaciśnięte na kierownicy, zdradzały zdenerwowanie. Ze mną wcale nie było lepiej, ponieważ ciągle bawiłam się bransoletką, założoną specjalnie na dzisiejszą kolację. Wmawiałam sobie, że to wszystko dla Sophie, jednak część mnie nawet w to nie wierzyła…
Obserwowałam powolnie unoszącą się klatkę piersiową dziecka, pilnowałam, żeby przypadkiem nie zsunęła się z moich kolan. Trzymałam ją delikatnie, zastanawiając się, kiedy minęło to pięć lat. Zdawało mi się, że je ominęłam, gdyby nie to, iż pamiętałam jej pierwszy krok, pierwszy ząbek i pierwszy, dźwięczny śmiech. Każda sytuacja była przeze mnie fotografowana, bo nie chciałam niczego ominąć. Te wspomnienia nigdy nie mogły ulecieć z mojej pamięci. Byłam przerażona myślą, że kiedyś mogę zapomnieć tych, tak ważnych dla mnie, wydarzeń. Wzięłam głębszy oddech, wyrywając się z zamyślenia. Poczułam, że samochód zwalnia; spojrzałam przed okno i zauważyłam budynek kliniki. Malfoy nie bawił się w parkowanie, nie było na to czasu; podjechał pod wejście i natychmiast wyszedł z samochodu. Otworzył drzwi od mojej strony.
— Ostrożnie — powiedziałam, kiedy odbierał ode mnie Sophie. Wyszłam z samochodu zaraz za nim; nawet nie zamknął samochodu, jakby w tej chwili nie liczyło się nic więcej oprócz jak najszybszego dotarcia do środka — zresztą, tak też było.
Przed szpitalem czekał już lekarz, który zapewne właśnie dzisiejszego wieczora, wraz z dwoma pielęgniarkami, odbywał dyżur. Odebrał od Malfoya moją córkę i zniknął za drzwiami. Przerażona spojrzałam na blondyna, a paraliżujący strach sprawił, że nie potrafiłam ruszyć się z miejsca. Dopiero kiedy Draco złapał moją dłoń i pociągnął za sobą do środka, nie mówiąc przy tym nic, ponownie otrzeźwiałam. Spojrzałam na nasze złączone dłonie i wciągnęłam mocniej powietrze. On zdawał się jednak tego nie widzieć albo zupełnie nie zwracał na to uwagi. Zamyślenie trwało jednak sekundę, Sophie była dla mnie ważniejsza od relacji, jaka zaczęła się tworzyć między mną a nim. Dopiero później, kiedy przyszła chwila spokoju, mogłam spokojnie przeanalizować każdą sytuację, każdą rozmowę.
Ruszyliśmy wzdłuż korytarza, nie zważając na nic. Malfoy wiedział gdzie iść, ja za to nie miałam pojęcia, dlatego całkowicie mu zaufałam. W końcu stanęliśmy przed drzwiami; Draco spojrzał na mnie i puścił moją dłoń, pozostawiając po sobie dziwną pustkę, której nie potrafiłam wytłumaczyć. Było mi ciężko, potrzeba mi było wsparcia, rozmowy, nie wiedziałam, co się dzieje. Złapałam się za włosy i odeszłam kilka kroków; potrzebowałam powietrza, przestrzeni… Miałam ochotę krzyczeć, naprawdę tego pragnęłam!, ale z mojego gardła nie wydobył się chociażby najmniejszy dźwięk, żaden odgłos protestu. Cisza, jaka panowała na korytarzu, zaczęła mnie przytłaczać.
Malfoy patrzył na mnie, czułam na sobie jego palący wzrok, jednak nie potrafiłam się do niego odwrócić. Bałam się, że zobaczy w moich oczach wręcz zwierzęcy strach, a tego nie chciałam. Nie chciałam odkrywać przed nim swoich słabości, sama nie wiedziałam czemu. Oparłam się o ścianę, przymykając oczy. Pojawiły się w nich łzy, dlatego zacisnęłam usta, jakby to miało w czymś pomóc. Mimowolnie obsunęłam się po ścianie, siadając tym samym na podłodze. Na swoim ciele poczułam chłód; nie zdążyłam nawet wziąć z domu cieplejszego nakrycia. Objęłam się ramionami, naiwnie sądząc, że to coś da. Nie pozostawało mi nic innego, oprócz czekania. Na korytarzu, mimo późnej pory, przewijało się trochę ludzi. Każdy szedł we własną stronę, pochłonięty myślami. Może na którymś piętrze, w którejś sali, ktoś walczył o życie?
Poczułam, że tuż obok mnie, na podłodze, siada Malfoy. Spojrzałam na niego, zdekoncentrowana. Mógł jechać do domu, nie miał przecież dyżuru, a mimo to ciągle przy mnie trwał. Musiał zauważyć, że trzęsę się z zimna, ponieważ bez żadnego słowa podał mi swoją kurtkę. Nie znalazłam się w takiej sytuacji od dawien dawna, dlatego ponownie poczułam dziwne skrępowanie. Jakby wbrew sobie podziękowałam skinięciem głowy i okryłam się kurtką. Do moich nozdrzy napłynął przyjemny zapach męskich perfum. Materiał był jeszcze ciepły, więc po chwili było mi już lepiej. Siedzieliśmy razem na zimnych kafelkach, mimo że rząd krzeseł, stojących pod ścianą, był wolny, jednak tak było dobrze. Czułam się dziwnie wypruta z emocji; było mi wszystko jedno, chciałam tylko, żeby z Sophie było wszystko w porządku. Naprawdę nie oczekiwałam,  w moim mniemaniu, wiele. Nie potrzebowałam niczego innego w moim życiu oprócz Sophie.
— Nie mogę tam wejść, to wbrew przepisom… James powiedział, że gdy będzie wszystko jasne, wpuszczą cię tam, na razie przeprowadzają badania, organizm Sophie musi się zregenerować — mówił Malfoy, tyle że ja naprawdę nie miałam ochoty tego słuchać. Chciałam być w tej sali i trzymać za rękę moją kruszynkę, czekając aż się wybudzi. Bo musiała się obudzić, nie przyjmowałam do siebie innej wiadomości.
— Dobrze — odparłam tylko, na powrót zatracając się w ciszy. Ta cisza była dobra, działała na mnie uspokajająco. Nie wiem, ile minęło czasu, kiedy poczułam, że mężczyzna, siedzący dotąd obok mnie, nagle się podnosi.
— Pójdę po herbatę, pewnie zmarzłaś.
Spojrzałam w jego stronę i właśnie wtedy popełniłam największy błąd, jaki kiedykolwiek mogłam zrobić. Popatrzyłam w oczy, w jego cholerne oczy. Przerażały mnie moje uczucia, nigdy czegoś takiego nie czułam i była to dla mnie nowość; po prostu nie wiedziałam, co mam myśleć. Z jednej strony było mi zimno, z drugiej ciepło wręcz rozpalało do czerwoności każdą komórkę mojego ciała. Zachowywałam się jak nastolatka, co zaczynało mnie śmieszyć, w końcu moja córka leżała w szpitalu, a ja myślami błądziłam nie tam, gdzie powinnam. Dlatego jak najszybciej spuściłam swój wzrok, uprzednio kiwając głową, na znak, że dobrze, że może iść, bo rzeczywiście nadal było mi zimno. Jeszcze chwilę stał w miejscu, jakby się nad czymś zastanawiał i dopiero po kilku sekundach odszedł; echo jego kroków roznosiło się po całym korytarzu; a może tylko ja już to słyszałam?
Nie zauważyłam nawet, że od długiego czasu zaciskałam dłonie w pięści. I jedyne co mi pozostawało, to po prostu czekać, patrzeć na zegar i na to, jak wskazówki wolno przesuwają się, minuta za minutą. Czekać, aż ktoś wyjdzie z sali i powiadomi mnie, co się dzieje.
Po kilku minutach wrócił Malfoy, z dwoma plastikowymi kubkami, znad których unosiła się para. Postawił je na krzesłach, a następnie zwrócił się w moją stronę. W końcu po jakimś czasie podał mi dłoń, abym podniosła się z podłogi. Przez chwilę wahałam się, jednak uznałam, że nie będę zachowywała się dziecinnie, byliśmy przecież dorośli i taki dotyk nie powinien być dla mnie czymś strasznym. Przyjęłam wyciągniętą dłoń i wstałam przy pomocy mężczyzny. Jego dłonie były ciepłe, przyjemne w dotyku. Puściłam jednak jego rękę szybciej niż powinnam; została zastąpiona przez zwykłe, zimne powietrze. Usiedliśmy obok siebie na krzesłach. Malfoy podał mi kubek z herbatą i już kiedy wzięłam pierwszy łyk, ciepło zaczęło rozchodzić się po całym moim ciele, a na ten jeden moment problemy po prostu nie istniały. Nie istniały do pewnego momentu. Do chwili, gdy wszystko wywróciło się do góry nogami, zmieniło się niespodziewanie, niszcząc wszystko, co do tej pory tak starannie budowałam…
— Hermiono! — krzyknął znajomy mi głos, a ja… zaniemówiłam.
Odwróciłam się w stronę, z której dobiegał dźwięk; w moich oczach momentalnie pojawiły się łzy, a usta rozszerzyły się w zdziwieniu. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że wstrzymałam oddech. Czułam się jak widz, obserwujący całe zdarzenie z boku, ale to działo się naprawdę. Wyobrażałam sobie to spotkanie od ponad pięciu lat, na różne sposoby, wymyślałam scenariusze, jednak żaden z nich nie zakładał spotkania w szpitalu. Plastikowy kubek wypadł z moich dłoni, rozlewając całą jego zawartość na podłogę. Nie przejmowałam się tym. Automatycznie wstałam z miejsca, a moja dłoń powędrowała do czoła; potarłam rozgrzane skronie, zastanawiając się, co powinnam zrobić. Malfoy, siedzący tuż obok mnie, podniósł się do góry, stając za mną. A w odległości kilku metrów stał  mój najlepszy i najukochańszy przyjaciel, którego pozostawienie w Londynie, bez żadnego pożegnania, było dla mnie najgorszym czynem, jaki kiedykolwiek mogłam popełnić. Głos zamarł mi w gardle, chciałam coś powiedzieć, wyjaśnić, lecz nie wiedziałam jakie słowa będą właściwe. Bo wszystko, co w tej chwili mogłam powiedzieć, w dalszym ciągu wydawało mi się puste, bez wyrazu, nic nie było na tyle odpowiednie.
Harry stał w miejscu, przypatrując mi się z dozą czułości, może nawet radości. Nie wiedziałam, co myślał, mogłam jedynie snuć podejrzenia.
Przez te pięć lat, podczas których nie widziałam go ani razu, znacznie zmężniał, wydoroślał. Rysy twarzy wyostrzyły się, jego postawa zdradzała pewność siebie… Jedynie okulary ciągle były te same, jakby w ogóle ich nie zmieniał.
Harry postawił krok w moją stronę, ale resztę odległości, w jakiej staliśmy, pokonałam ja, biegnąc w jego stronę. Był to z mojej strony ruch prawie desperacki, jednak nie mogłam dużej stać w miejscu i czekać. Zbyt długo czekałam. Mężczyzna rozłożył ramiona, a ja wpadłam na niego z impetem, nie myśląc o niczym innym, tylko o jego obecności. W pewnej chwili wystraszyłam się, że być może to sen, ale jeśli rzeczywiście tak było… mogłabym jeszcze dłużej śnić ze względu na obecność Harry’ego. Potrzebowałam tego bardziej, niż pragnący pragnie wody na suchej pustyni. Jego obecność wzmocniła mnie, poczułam się silniejsza, chociaż to wszystko po chwili ponownie odeszło, gdy uświadomiłam sobie, jak wiele muszę wytłumaczyć. Harry odwzajemnił mój uścisk, chowając swoją twarz w moje włosy. Wydychane przez niego powietrze delikatnie łaskotało mnie w szyję, ale dzięki temu byłam już pewna, że to wszystko dzieje się naprawdę. Z moich oczu zaczęły płynąć łzy, które przez cały wieczór tak dobrze starałam się ukrywać. Teraz jednak tama puściła.
— Przepraszam, Harry, chciałam was powiadomić, ale… — powiedziałam cicho; tak cicho, że miałam wątpliwości, czy mężczyzna usłyszał moje słowa.
— Wiem, Hermiono, wiem — odparł szeptem, przenosząc swoje dłonie na moje włosy i delikatnie je gładząc.
W jego ramionach czułam się bezpiecznie, tak jak przed laty, kiedy szukaliśmy razem horkruksów, wspierając siebie nawzajem. I cieszyłam się, że przybył do Denver akurat teraz, ponieważ to właśnie w tym okresie potrzebowałam wsparcia; byłam wręcz pewna, iż Harry mi je da. Odsunęłam się od mężczyzny, spoglądając w jego zielone oczy. Przypatrywał mi się z uwagą, jakby oceniał jak bardzo zmieniłam się w przeciągu tych pięciu lat, podczas których mnie nie widział. Przegryzłam wargę i po chwili poczułam w ustach metaliczny smak krwi. Nie wiedziałam co powiedzieć, dlatego zanim cokolwiek zaczęłam mówić, wyprzedził mnie Harry.
— Co tutaj robisz, Hermiono? — zapytał ciepłym głosem, cicho, zupełnie jakby zwracał się do spłoszonego zwierzęcia.
Odwróciłam się na pięcie i spojrzałam na Malfoya, nadal stojącego w tym samym miejscu, w bojowej postawie, co wyglądało dość śmiesznie. Może i zaczęłabym się śmiać, gdyby nie powód dla którego znaleźliśmy się tu — Sophie, moja mała Sophie. Spuściłam wzrok, a oczy mimowolnie powędrowały w miejsce, gdzie rozlałam moją herbatę. Wciągnęłam powietrze i zacisnęłam usta, stawiając kilka kroków do przodu. Wzięłam do rąk moją torebkę, zgarniętą z domu przy wybieganiu, i zaczęłam szukać w niej chusteczek lub jakiegoś papieru, dzięki czemu mogłabym wytrzeć plamę. Moje ręce drżały, dlatego znalezienie czegokolwiek było dla mnie trudniejsze, niż na początku można by przypuszczać. Nagle poczułam, że torebka zostaje mi odebrana — to Malfoy najwidoczniej zauważył co się ze mną działo. Znalazł chusteczki o wiele szybciej, niż gdybym ja to zrobiła i zaczął wycierać mokrą podłogę. Po chwili przypatrywania mu się, pomogłam, wyciągając i dla siebie papier. Ciągle pamiętałam o Harrym, który przypatrywał nam się z niezrozumieniem. W końcu, kiedy skończyliśmy, a po rozlanej herbacie nie było już śladu, odwróciłam się w kierunku Pottera.
— Moja córka straciła przytomność. Ma białaczkę, a Malfoy jest jej lekarzem — powiedziałam zgodnie z prawdą.
Przez twarz Harry’ego przewijały się różne emocje — dobrze to widziałam — nigdy nie potrafił przeanalizować słów w sobie, nie wyciągając emocji na zewnątrz. Najpierw był szok, jego oczy rozszerzyły się w niedowierzaniu, później dekoncentracja, a na końcu troska, jakby uświadomił sobie, co przeżywam. Już od czasów Hogwartu zawsze zauważał, kiedy byłam smutna, nawet wściekła i starał się na to coś zaradzić, rozbawiając mnie wcale nieśmiesznymi żartami. Z Ronem było podobnie, jednak teraz go tu nie było i nie miałam o to ani grama żalu; nie mogłam wymagać od nich tego, że będą mnie szukać, bo to ja zniknęłam.
─ Malfoy?
─  Potter ─ odezwał się Draco i skinął głową Harry’emu w geście powitania.
Zapanowała niezręczna cisza, staliśmy w trójkę na korytarzu, każde pochłonięte własnymi myślami. Kiedy chciałam już coś powiedzieć, by przerwać to straszne milczenie, usłyszeliśmy szczęk otwieranych drzwi. Odwróciłam się w kierunku, z którego pochodził dźwięk, a serce jakby głośniej zabiło. Z sali, do której zabrano moją córkę, wyszedł lekarz. Z jego mimiki nie sposób było nic odczytać, przyzwyczaił się do ukrywania swoich emocji, bo właśnie tego wymagała ta praca. Patrzyłam na niego z oczekiwaniem, czekając aż coś powie; cokolwiek, co zapali we mnie choć trochę nadziei.
─ Pani jest matką dziewczynki? ─ zapytał, a ja potwierdziłam skinięciem głowy.
Doszłam do mężczyzny, czekając, aż powie więcej. On jednak wciąż nie mówił, przecierał swoje czoło dłonią. Zastanawiałam się, ile razy dziennie musi przekazywać ludziom informacje, nie tylko smutne, ale też dobre, ich bliskim. Poczułam jak obok mnie staje Malfoy. Harry trzymał się z tyłu, jakby nie za bardzo rozumiejąc, co się właśnie dzieje. Lekarz spojrzał na Draco i od razu zaczął mówić; Malfoy musiał być tu naprawdę szanowany, skoro działała sama jego obecność.
─  Może pani wejść do córki ─ powiedział; nie musiał dwukrotnie powtarzać, od razu skierowałam się w stronę sali.
Zanim jednak to zrobiłam, odwróciłam się w stronę Harry’ego i uśmiechnęłam się w jego stronę. Skinęłam głową na znak, żeby ruszył za mną, tak też zrobił. Jedynie Malfoy został na swoim miejscu, jakby nie chciał nam przeszkadzać. Dzisiejszego dnia coś między nami nieodwracalnie się zmieniło i wcale się tego nie bałam. Nie wiedziałam, co przyniesie mi przyszłość, jakie wydarzenia jeszcze mnie spotkają, ale byłam gotowa stawić im czoła.
Harry stanął tuż za mną, a lekarz, który przeprowadzał badania, odsunął się na bok, byśmy mogli wejść do środka. Mężczyzna podszedł do Malfoya i zaczął z nim cicho rozmawiać, na co nie zwróciłam już jednak uwagi, chcąc jak najszybciej znaleźć się przy córce. Pchnęłam drzwi, po czym weszłam do środka, od razu rozglądając się po sali. Moją uwagę niemal natychmiast przyciągnęło szpitalne łóżko, na którym leżała Sophie. Była taka mała, w porównaniu do wszystkiego, co znajdowało się w tym pokoju. Jej oczka były zamknięte, a klatka piersiowa powoli unosiła się w równych odstępach czasu. Pielęgniarka krzątała się po pomieszczeniu, przeglądając dokumentację.
Wolnym krokiem podeszłam do łóżka, jakby próbując odciągnąć tę chwilę jak najdłużej się dało. Nie wiedziałam jak zareagował Harry na widok mojego dziecka, na chwilę zapomniałam o tym, a w sali w moim wyobrażeniu byłam tylko ja i Sophie. Przysiadłam na brzegu krzesła, biorąc w swoje dłonie małą rączkę dziewczynki. Jej nadgarstki były po chemioterapii jeszcze chudsze niż przedtem. Leczenie zaczynało ją wyniszczać, a ja mogłam się tylko temu przypatrywać, nie mogąc nic zaradzić. W moich oczach pojawiły się łzy bezsilności, widząc podłączone kroplówki, jakieś rurki… byłam zbyt przerażona, by zwrócić na to uwagę. Poczułam, że staje za mną Harry, który po chwili położył swoją dłoń na moim ramieniu, a ja poczułam się tak, jakbym oddała część swojego ciężaru właśnie jemu. I był przy mnie, nic nie mówiąc, leczył mnie swoją obecnością i jeszcze nigdy nie byłam mu tak wdzięczna za samo bycie, jak wtedy, kiedy obok wszystko się waliło.

Przez jakiś jeszcze stałem w miejscu, przypatrując się drzwiom, za którymi dopiero co zniknęła Granger z… Potterem. Powstrzymałem w sobie chęć ruszenia za nimi, bo naprawdę chciałem zobaczyć jak wygląda mała. Włożyłem dłonie w kieszenie i ruszyłem wzdłuż korytarza, w stronę naszej szpitalnej kawiarenki. Tego dnia działo się dużo, towarzyszyło mi mnóstwo emocji, które dopiero teraz, powoli, zaczynały opadać. Mogłem jechać do domu, przecież dokładnie tak zachowałby się dawny ja, ale coś, wewnątrz mnie, kazało mi zostać, nawet jeśli miałbym siedzieć przez całą noc w barze. Jakby umysł próbował mi wmówić, że gdy stąd odejdę, stanie się coś strasznego, więc… po prostu zostałem. Pchnąłem drzwi prowadzące do kawiarni; w środku nie było wiele ludzi, nastał wieczór, więc nie było czym się dziwić ─ na większości oddziałów godziny odwiedzin już dawno się skończyły.
Wszedłem do środka, rozglądając się po całym pomieszczeniu, Lucy podniosła głowę i promiennie uśmiechnęła się w moją stronę. Kąciki moich ust również uniosły się, formując się w lekki uśmiech. Uprzejmie przywitałem się z kobietą, zamawiając kawę, czarną, niesłodzoną — idealną, w momencie, kiedy miałem przed sobą długą noc. Ruszyłem w stronę stolika pod oknem, który zawsze zajmowałem, gdy tylko tu przychodziłem. Nie byłem w zbytnim szoku, zauważając siedzącą Megan, w końcu dobrze wiedziała, iż jechałem wraz z Granger tutaj, do kliniki. Nic nie mówiąc, usiadłem naprzeciwko niej. Spojrzała na mnie z ciekawością, jakby usiłowała odczytać moje myśli. Starałem się nie zwracać uwagi na jej pytający wzrok. W tym momencie bardziej interesująca wydawała mi się świeczka, znad której unosił się niewielki płomyk. Usłyszałem jak Megan głośno wzdycha, eksponując swoje niezadowolenie.
─ Draco, jesteś uparty jak mój świętej pamięci wujek Joseph! Nawet bardziej, a jeśli bym cię nie znała, mogłabym podejrzewać, że jesteś z nim spokrewniony albo, co gorsza, jesteś jego synem. Oczywiście nie powiesz mi, co się wydarzyło u pani Hermiony w domu, prawda? ─  mówiła, robiąc zaciętą minę, jakby wcale nie chciała rezygnować. Westchnąłem, opierając się o oparcie i wyglądając przez okno. Nie potrafiłem ułożyć słów, krążących po mojej głowie, w logiczną całość. Potrzebowałem w końcu się komuś zwierzyć, trzymałem wszystko wewnątrz siebie, nawet nie wiedząc, jak wielką robię sobie krzywdę.
─  To nie jest takie proste, Megan. Nie rozumiesz, nienawidziłem jej przez te wszystkie lata, trudno się przestawić na cokolwiek innego, szczególnie w tych okolicznościach, kiedy leczę jej córkę. Nasze relacje się zmieniły, ale… mięczak ze mnie, nie słuchaj tego. Niepotrzebnie tutaj przychodziłem, zostawiłem Timber samą w domu, nie była od rana na spacerze… ─ powiedziałem na końcu speszony… S p e s z o n y. Jakkolwiek kretyńsko to brzmi, właśnie tak się czułem.
Wstałem z krzesła, zostawiając Megan samą, bez żadnego słowa, zachowując się jak zwykły tchórz. Nie zwracałem uwagi na nawoływania Lucy, iż kawa jest gotowa, po prostu szedłem przed siebie. Założyłem na siebie kurtkę, kierując się w stronę wyjścia. Gdy zakładałem na siebie nakrycie, poczułem zapach Granger, co było dziwne, zważając na fakt, że miała ową kurtkę na sobie tylko przez kilka minut. Pokręciłem głową, zwracając na siebie uwagę przechodzącego tuż obok lekarza, którego znałem tylko z widzenia. Ominąłem go jednak z obojętnością, nie zaszczycając go żadnym spojrzeniem. Nie wiedziałem, co się ze mną działo i, przede wszystkim, kiedy to wszystko się zaczęło.
Wyszedłem ze szpitala, kierując się w stronę samochodu. Z kieszeni wyjąłem kluczyki, otwierając go. Już po kilku sekundach jechałem szybko, przez jakiś czas nie zdejmując nogi z gazu. W mojej głowie szalały myśli — myślałem o kilkunastu rzeczach na raz, przez co byłem kompletnie zdezorientowany. Przybycie Pottera do Denver… Jego przyjazd tutaj musiał coś za sobą nieść, byłem tego pewny. Nic nie dzieje się bez przyczyny, dlatego kwestią czasu było to, kiedy następna osoba z przeszłości pojawi się w tym miejscu. Nie chciałem tego, ułożyłem sobie życie od nowa, bez niczyjej pomocy, a teraz nagle wszystko zaczęło się walić. Złośliwy głosik, gdzieś wewnątrz mnie, szeptał mi, że to wszystko przez Granger, bo przecież gdyby nie przyjechała do Denver, nic by się nie zmieniło, ale nie potrafiłem tak myśleć; nawet nie chciałem. Powolnymi krokami wnosiła do mojego życia choć trochę kolorów, razem ze swoją córką, a ja nie miałem ochoty tego przerywać. Zacisnąłem pięści na kierownicy, próbując skupić się na jeździe, jednak było to trudne, szczególnie w tej chwili. Widok Pottera, wchodzącego z Granger razem do sali, w której  leżała mała Sophie… W szkole zawsze zazdrościłem im tej przyjaźni, którą mieli, chociaż nigdy tego nie okazywałem.

Szedłem szybkim krokiem głównym korytarzem Hogwartu. Mimo że miałem przeraźliwie zimne dłonie, były one całe spocone. W środku siebie drżałem z przerażenia, koniec roku nadchodził zbyt szybko, chociaż nie chciałem do siebie dopuścić tej myśli. Wciąż miałem przed oczami list, jaki dzisiaj przyniosły mi sowy; list od ojca, w którym kazał wreszcie zacząć robić coś konkretnego, bym znalazł się choć trochę bliżej celu. Nic nie przychodziło mi jednak do głowy, wszystkie pomysły wykorzystałem i czułem się zwyczajnie bezradny. Pewność siebie ─ cecha każdego Ślizgona ─ już dawno ze mnie uleciała. Moje ruchy były niepewne, co sprawiało także, że niedokładnie wykonywałem swoje zadania, narażając się na zdemaskowanie. Nie zmieniało to faktu, iż każda próba okazywała się nieskuteczna, coraz bardziej brnąłem w całe zamieszanie, ale nic nie przybliżało mnie do zakończenia.
Na początku misji czułem dumę, w końcu wybrał mnie sam Voldemort!; teraz byłem pełen obaw, że nie dam rady zabić takiego człowieka, jakim był Dumbledore. Mimo swoich lat był mądrym człowiekiem. Nagle stanąłem, zatrzymując się w miejscu. Przetarłem drżącymi dłońmi zmęczone oczy. Koszmary nawiedzały mnie co noc, nie dając prawidłowo funkcjonować. Musiałem w końcu coś wymyślić, nie miałem innego wyjścia, inaczej mógłbym ponieść karę i stracić rodziców, moją jedyną rodzinę.
Pchnąłem drzwi prowadzące do Wielkiej Sali, od razu kierując się w stronę stołu Slytherinu. Czułem na sobie spojrzenia wielu osób, jednak nie zwracałem na to uwagi. Nie obchodziły mnie opinie innych ludzi, nie przejmowałem się, czy ktoś szepcze coś na mój temat za moimi plecami. Ludzie byli fałszywi, od zawsze i na zawsze, więc byłem już przyzwyczajony. Niewzruszony usiadłem przy stole Ślizgonów, z dala od ciekawskich spojrzeń moich znajomych z domu. Jedynie kilka osób, których rodziny należały do śmierciożerców, wiedziało o moim zadaniu. Niejednokrotnie spotykałem się z pytaniami jak mi idzie; a co kogo to obchodziło? Prychnąłem pod nosem. To było moje zadanie, tylko moje.
Nałożyłem sobie na talerz trochę sałatki i zacząłem powoli jeść. W Wielkiej Sali panował gwar, nie sposób było rozmawiać bez wzajemnego przekrzykiwania się, nie mówiąc o spokojnym rozmyślaniu. Siedziałem obok młodszych Ślizgonów; dobrze wiedziałem, że mnie cenią, a nawet w pewnym stopniu boją się. Ta myśl sprawiała mi satysfakcję, czułem się ważny, a przecież właśnie o to chodziło. Jedząc w ciszy swój obiad, zupełnie nie zwracałem uwagi na otoczenie. Zamknąłem się w świecie, do którego dostęp miałem tylko ja. Gdy już kończyłem jeść, usłyszałem głośne westchnięcie, aż w końcu poczułem, że miejsce obok mnie jest zajmowane. Wystarczyło, bym po zapachu intensywnych perfum poznał, że to Pansy. Dziewczyna przyszła ze swoim talerzem i jak gdyby nigdy nic zaczęła jeść. Patrzyłem na nią zdziwiony, czekając aż wyjaśni, co tu robi, nie chciałem przecież jej obecności, odszedłem z dala od nich nie po to, by dziewczyna zaraz za mną przyłaziła.
─ Pansy, szukasz szczęścia? Tutaj na pewno go nie znajdziesz ─ powiedziałem, przerywając jedzenie i odkładając sztućce. Nagle straciłem apetyt, a pełne misy jedzenia wydawały mi się obrzydliwe. Nalałem do swojego pucharu soku dyniowego, delektując się przez chwilę napojem. 
─ Moje szczęście aktualnie leży na talerzu, więc, jak widzisz, już je znalazłam ─ odparła, przerywając na chwilę jedzenie. Serwetką wytarła kąciki ust; w końcu musiała wyglądać perfekcyjnie, tak była nauczona. ─ Draco… Strasznie zmarniałeś, naprawdę się o ciebie martwię, zresztą nie tylko ja. Zabini też, chociaż jest uparty jak ty i nigdy się do tego nie przyzna. Możemy ci jakoś…
─ Daj mi spokój. Rozumiesz, czy mam przeliterować jeszcze raz? Chodzisz za mną, jesteś po prostu męcząca! Ciągle pytasz, co mi jest, a co cię to tak naprawdę obchodzi? Po prostu się ode mnie odczep, nie chcę niczego więcej. Nie chcę, żebyś się do mnie odzywała, żebyś przychodziła. Będę najszczęśliwszy na świecie, jeśli znikniesz z mojego życia, rozumiesz?
Przez chwilę panowała cisza. Nawet gwar w całej Sali jakby ucichł, a może jedynie mi się zdawało. Pansy patrzyła w moje oczy, nawet nie próbując przegrać tej potyczki. Kiedy się złościła, zaciskała nerwowo zęby, tak też było tym razem. Byłem usatysfakcjonowany, że doprowadziłem ją do takiego stanu. Uśmiechnąłem się, przekręcając głowę w prawą stronę. Chciałem coś powiedzieć, jednak powstrzymałem się; już i tak dostarczyłem Ślizgonom dużo rozrywki na dzisiejszy dzień. Zacząłem powoli wstawać z ławki. Zabrałem z półmiska dwa zielone jabłka. Nadal miałem do naprawienia szafkę zniknięć w Pokoju Życzeń. Rozejrzałem się jeszcze, szukając Goyla i Crabbe’a, ale nigdzie ich nie dostrzegłem, więc stwierdziłem, że musieli zjeść już wcześniej. Westchnąłem z irytacją; były z nimi same problemy. Podniosłem się i już kierowałem się w stronę wyjścia  z Wielkiej Sali, kiedy usłyszałem za sobą głos Pansy.
─ Po moim trupie, ty zarozumiały kretynie! ─ krzyknęła na cały głos.
Zatrzymałem się w miejscu, jednak nie odwróciłem się. W moich oczach ciągle błyszczała chłodna obojętność. Nie odpowiedziałem, cisza była jedyną odpowiedzią, jaką miałem dziewczynie do przekazania. Bez żadnego słowa ruszyłem w dalszą drogę. Chciałem wrócić do swojego pokoju, położyć się na łóżku i spokojnie wszystko przemyśleć. Musiało istnieć jakiejś rozwiązanie, a ja zamierzałem to odkryć. Wychodząc z pomieszczenia, coś kazało mi się odwrócić, sprawdzić, czy Pansy nadal stoi w tym samym miejscu ─ powstrzymałem się. Ta informacja nie była mi potrzebna do życia, miałem na głowie ważniejsze sprawy, niż przejmująca się wszystkim Parkinson.
Szedłem przed siebie wolnym krokiem, całkowicie pewny, że nikt mi nie przeszkodzi; w końcu większość uczniów była w tym momencie na uczcie. Nagle usłyszałem głośny śmiech dochodzący z końca korytarza. Zmrużyłem oczy, rozpoznając głos. Czekała mnie dobra zabawa, więc uśmiechnąłem się; właśnie tego mi brakowało ─ kłótni z Gryfonami, jeszcze w dodatku t y m i Gryfonami… Włożyłem kieszenie w dłonie i dalej szedłem, czekając aż trójka rówieśników wyjdzie naprzeciw mnie. W końcu pojawili się: Potter, Granger i Weasley. Na ich twarzach nadal czaił się uśmiech, jednak zniknął on jak za dotknięciem różdżki, kiedy zobaczyli mnie. Granger stała między Gryfonami, zupełnie tak, jakby jej bronili, chociaż potrafiła więcej niż tych dwóch razem wziętych. Z naszych ust nie padły żadne słowa, cała trójka czujnie mnie obserwowała, ani na chwilę nie odwracając wzroku. Trzymali się blisko siebie; chcieli chronić siebie nawzajem, niezależnie od ceny, jaką przyszłoby im zapłacić. Taka przyjaźń była wyjątkowa, jednak nie rozczulałem się nad tym zbyt długo, były ważniejsze sprawy od przyjaźni. W tym momencie zrozumiałem, jaką cenę trzeba ponieść za posiadanie bliskiej osoby. Wojna, która nadchodziła wielkimi krokami, a wręcz wisiała w powietrzu, wymagała poświęceń… Dlatego nie chciałem przywiązywać się do ludzi, by potem ich nie stracić. Przypomniałem sobie wyraz twarzy Pansy, kiedy zaatakowałem słowami. Biedna, naiwna Pansy. Jeszcze nie wiedziała, jak wiele byłem w stanie dla niej zrobić.
Ominąłem zszokowaną trójkę Gryfonów, nawet na nich nie spoglądając. To był jeszcze ten moment, kiedy głęboko wierzyłem, że mi się uda, że któraś próba wreszcie się powiedzie… Każdego kolejnego dnia coraz bardziej wątpiłem, ponieważ ludzie zaczęli się ode mnie odwracać; wszyscy oprócz n i e j. I dopiero po wojnie zrozumiałem jedną, najważniejszą rzecz ─ uratowała mnie, osobę zupełnie nie zasługującą na jej, chociażby najmniejsze, spojrzenie… Uratowała mnie swoją wiarą, a ja nigdy nie powiedziałem jej, jak bardzo byłem za to wdzięczny.

Gwałtownie nacisnąłem pedał hamulca, zjeżdżając na pobocze. Oparłem głowę o kierownicę, głęboko oddychając. Nadaremnie próbowałem uspokoić przyspieszone bicie serca. Te wspomnienia ciągle były żywe; żałowałem każdego wypowiedzianego słowa w stronę Pansy… a najbardziej nie potrafiłem sobie wybaczyć, iż nigdy jej nie przeprosiłem, tak prawdziwie.

Wycofałem samochodem, wracając do szpitala.

46 komentarzy:

  1. Cudowny rozdział <3
    Pozdrawiam, P :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajny rozdział :D.W sumie nie spodziewałam się że Harry pojawi się w Denver.
    Pozdrawiam i czekam na rozdziały kolejne :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że zaskoczyłam, dziękuję. :)

      M.

      Usuń
  3. Cudowny rozdział... Trochę smutno mi się, że coś dzieje się z małą, martwię się o nią. Mam jednak nadzieje, że to chwilowe osłabienie organizmu... Cieszę się, że Harry odnalazł Hermiona ale to na pewno ma głębsze dno, którego trochę się obawiam...Cieszę się, że w końcu małymi krokami jakaś relacja nam się ukazuje między Draconem a naszą Hermioną :)

    Jestem zachwycona cały rozdziałem.
    I z niecierpliwością czekam na kolejny
    :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że spodobał Ci się. :) Co do Harry'ego - to dopiero początek, teraz nawet nie mieli okazji szczerze porozmawiać, więc wiele przed nimi. Tak, małymi kroczkami coś zaczyna się dziać.
      Dziękuję za komentarz!

      M.

      Usuń
  4. Rozdział idealny na takie ponure popołudnie. Och, M...Było tak pełno opisów, tyle się działo i było tak smutno. Sama nie wiem, co myśleć o przybyciu Harry'ego. Z jednej strony się cieszę, ale z drugiej wiem, że coś między Hermioną i Draconem się zmieni.
    Początek był naprawdę pełen napięcia. Tak bardzo martwiłam się o Sophie i jednocześnie byłam pewna, że ta sytuacja wpłynie pozytywnie na naszą dwójkę bohaterów. Podobała mi się ta trzeźwość Malfoya, gdy wiózł małą do szpitala. Patrzył cały czas na dobro dziecka. Scena, w której Granger siedzi załamana na podłodze, a obok niej trwa Draco bardzo mnie wzruszyła. Ta jego troska i zaangażowanie było takie autentyczne. W dodatku sam fakt, że nie wrócił do domu. Fragment, w którym pojawił się Potter był taki ciepły. Ładnie opisałaś jego postać i uczucia. Nie napisałaś za wiele, co dokładnie stało się Sophie. To wszystko tak bardzo wpływa na Hermionę, w końcu jest jej mamą, ale tak bardzo mi jej żal.
    Udało Ci się stworzyć kolejny kawałek mocnej i wzruszającej historii. Jestem pod wrażeniem. Mam nadzieję, że starczy Ci czasu na pisanie. Przepraszam za taki chaotyczny komentarz, ale teraz wiele się dzieje. Nie rozpisałam się, ale zaraz wychodzę, więc myślę, że się nie obrazisz c:
    Życzę Ci dużo wytrwałości w szkole i weny <3
    Nela.

    co-serce-pokocha-dramione.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział Ci się spodobał, to bardzo miłe. Tak, przybycie Harry'ego coś za sobą niesie... co? Tego nie zdradzę, ale wkrótce sami się dowiecie. :)
      Dziękuję za wszystkie miłe słowa, to bardzo motywuje do dalszego tworzenia.
      Dziękuję, przyda się, również życzę tego Tobie!

      M.

      Usuń
  5. Jest następny :)) ty świetnie. Na początku myślam, że to Oliver ale jednak Harry. Dobrze, że relacje między Granger a Draco się po mału zmieniają. Biedna mała Sophie, w nią wciela się, któraś z bliźniaczek Olsen ? Miałam już o to zapytać,ale nie było nextu a chciałam napisać komentarz pod najnowszym postem. :)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się spodobał.:) Powoli rzeczywiście coś zaczyna się zmieniać, w końcu 15 rozdziałów za nami! W zakładce 'Bohaterowie', kiedy ta zakładka jeszcze istniała, rzeczywiście gif przedstawiał małą Olsen w roli Sophie, jednak postanowiłam usunąć tą zakładkę, a więc wyobrażenie Sophie pozostawiam Waszej wyobraźni. :)
      Dziękuję za komentarz i również ciepło pozdrawiam!

      M.

      Usuń
  6. Hejo! Czekam na kolejne! ;D

    ~Pani. B.

    OdpowiedzUsuń
  7. Teraz jeszcze bardziej niecierpliwie będę czekała na następny rozdział :)
    Relacje które pomału tworzą sie między Hermioną i Draconem świetne <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że podoba Ci się sposób, w jakim powoli zbliżam do siebie bohaterów. Dziękuję bardzo za komentarz! :)

      M.

      Usuń
  8. Płakałam po raz kolejny. Pan wchodzi do mnie do pracy i przerażony pyta: "Coś się stało?", a ja odpowiadam: "Sophie straciła przytomność, a Malfoy wiezie ją do szpitala". Chyba pomyślał, że jestem głupia, albo szurnięta.
    Ale cudownie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, naprawde? Aż nie wiem co powiedzieć!:) muszę teraz przyznać, że ten rozdział nie pojawił by się tak szybko, gdyby nie Ty i Twoje słowa, więc dziękuję Ci! Cieszę się, ze rozdział spodobał Ci się.
      Pozdrawiam ciepło,

      M.

      Usuń
    2. Chcę przeczytać więcej Twoich dzieł :)
      Buziaki!

      Usuń
    3. Przeczytałam po raz kolejny i towarzyszyły mi takie same emocje jak po raz pierwszy. Cudownie piszesz M., z niecierpliwością czekam na 16 rozdział, coś czuję, że będzie zaskoczeniem, ale i tak samo dobry jak pozostałe.
      Buziaki
      Kin

      Usuń
    4. Jejcia, aż nie mogę uwierzyć, że przeczytałaś ten rozdział drugi raz. :) Bardzo się cieszę! Moja blokada chyba zaczyna powoli mijać, więc... więc otworzę ponownie Worda. :)

      M.

      Usuń
  9. Jeszcze nie czytałam, dopiero jutro będę mogła zapoznać się z rozdziałem. Sądząc po komentarzach - nie wiem po co je czytałam - dziesiejszy wpis jest niezmiernie dobry. Już nie mogę się doczekać, ale nauka przede wszystkim,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozdział jest cudowny. O ile można w ten sposób określić coś tak smutnego. Na szczęcie z Sophie już wszystko w porządku, myślałam, że coś jej się stanie, zapadnie w śpiącze czy coś innego.
      Tak bardzo się cieszę z przyjazdu Harry'ego, ale jednocześnie zastanawia mnie fakt jak dotarł do Hemiony. Poza tym jestem ciekawa, co u niego i innych.
      Czytając, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że leżę bez ruchu z napięciem w mięśniach. Tylko mój kciuk błądził z dołu w górę a wnętrze policzka zostało boleśnie okaleczone przez jakże ostre zęby. Nadal trochę boli.
      Gdy Hermiona spojrzała na Dracona, zobaczyłam to go oczami i też doznałam dziwnego uczucia. Wiem, to jest głupie, ale tak się wczułam w twoje pisanie, że silnie odczuwam emocje bohaterów. To chyba plus dla ciebie :)
      Tak przy okazji, w której klasie teraz jesteś i jakie rozszerzenia wybrałaś?

      Usuń
    2. Jejciu, dziękuję Ci bardzo za takie miłe słowa!
      Cieszę się, że przyjazd Harry'ego Cię ucieszył; od długiego czasu czytałam komentarze co z Harrym i tak dalej, więc postanowiłam już dołączyć jego postać do opowiadania. Pamiętasz gazetę, jaką Hermiona znalazła, gdzie był artykuł o niej? To jest ze sobą powiązane. :)
      Przepraszam! Też przegryzam wnętrze policzka, kiedy coś szczególnie mnie zaciekawi. :)
      Jasne, że plus dla mnie! To niesamowicie miłe, aż sama nie wiem co już powiedzieć... Może jedyną najrozsądniejszą opcją będzie zwykłe: dziękuję.:)
      Jestem teraz w klasie maturalnej, w LO, o profilu mat-chem-fiz. Co prawda fizyki nie zamierzam zdawać, ale uczyć się jednak muszę, co napawa mnie przerażeniem, bo szczerze nienawidzę tego przedmiotu. Zamierzam zdawać na poziomie rozszerzonym właśnie matematykę, chemię i prawdopodobnie polski... Ale do czego te przedmioty mi się przydadzą? Jeszcze nie wiem... :(
      Dziękuję za komentarz!

      M.

      Usuń
  10. Powiem tyle... Jestem naprawdę wzruszona i zakochałam się w Twoim opowiadaniu <3 To, jak potrafisz oddać te emocje związane z poszczególnymi scenami... Bezcenne uczucie <3
    dramione-dont-hurt-her.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że moje opowiadanie przypadło Ci do gustu! Dziękuję za te miłe słowa. :)

      M.

      Usuń
  11. Muszę przyznać kochana pozytywnie mnie zaskoczyłaś i to bardzo.
    Wręcz się tego nie spodziewałam. Niezwykle poruszający rozdział. Biedna dziewczynka. Hermiona naprawdę musi wszystko przeżywać. Nie wyobrażam sobie siebie jako matki na jej miejscu. No i Draco. Jego uczucia zdecydowanie nie pomagają jej w tym. Zaskoczyło mnie również pojawienie się Harry'ego. Jak dobrze mieć takiego przyjaciela przy sobie. Według mnie jeden z najbardziej udanych rozdziałów do tej pory. Również życzę miłego roku! (aj zazdroszczę też bym chciała) i pozdrawiam mocno!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo sie cieszę, że udało mi się Ciebie zaskoczyć. Twoje zdanie jest dla mnie bardzo ważne, więc cieszę się z takiej opinii. Tak, Harry będzie w takich chwilach ogromnym wsparciem dla Hermiony.
      Aj, przyda mi się, ponieważ nie zaczęło sie zbyt dobrze.
      Dziękuję za komentarz!

      M.

      Usuń
  12. Czytałam z zapartym tchem, dawno tak mnie nic nie wciagnelo! Wszystko bardzo realistyczne, super.
    Teraz się zacznie, to czekam na rozwój sytuacji, na odrobinę magii :)
    Pozdrawiam, Domi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało. :) Dziękuję za komentarz i również pozdrawiam!

      M.

      Usuń
  13. Moja dłuższa nieobecność w komentarzach jest wręcz karygodna. Chciałabym zedrzeć osobę z pierwszego komentarza i wlepić tam siebie, ale wiem, że to: jeden - głupie, dwa - trzeba się liczyć z konsekwencjami, a nie marudzić.
    Nie miałam głowy do komentowania, pisania i wszystkiego (ale, o ile mnie pamięć nie myli, zdawałam Ci w czasie czytania relacje mojego stanu emocjonalnego… a był on bardzo barwny).
    Ty wiesz, że Draco i Hermiona… wiesz. Jestem zachwycona przebiegiem ich relacji. Ta zmiana między nimi jest naturalna, nie przekraczasz żadnej granicy. Draco nie jest już dla mnie tym Malfoyem, zimnym draniem… to zupełnie nowa osoba i jestem jej ciekawa, powiem szczerze. Ten Draco Malfoy ma szansę na odkupienie i szczęście, takie prawdziwe, chociaż mam nadzieję, że chwilowe… lubię go smutnego.
    No i Harry! Przyjaciel powraca. Ta sytuacja, gdy oni byli w trójkę na korytarzu, staje mi po prostu przed oczami. Jakbym była duchem, gościem wspomnienia (jak Harry w Komnacie Tajemnic) i oglądała to wszystko z boku, widząc każdą emocję na ich twarzach. Twoje opisy przechodzą rewolucję i to jakże gwałtowną. Będę wracać do tego rozdziału, kiedy nie będziesz miała czasu, aby dla nas pisać. Za rzadko Ci to mówię, ale naprawdę jestem z Ciebie dumna. Uznasz to za słodkie komplementy od subiektywnej przyjaciółki, ale to nie tak, gnojku. Moja subiektywność jest obiektywna. Głupie, ale ma sens, przynajmniej teraz i w mojej głowie. (Mowa jest źródłem nieporozumień, ten cytat ma w moim komentarzu ogromny sens).
    Pamiętaj, że czekam. Teraz mogę iść z czystym sumieniem spać. Dobranoc, M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jest karygodna. Nie wiem jak mogłaś to zrobić, doprawdy. Nie wiem. Żarcik. XDDD Śmieszka ze mnie, co?
      Ja wiem, ja wiem. Tobie wszystko się podoba, a nawet jakby nie, to byś mi tego nie powiedziała, zbyt bardzo mnie kc. Chociaż tu masz rację, Draco jest zupełnie innym człowiekiem i czasem mam wrażenie, że nie piszę o nim, a o swojej własnej postaci.
      Nawet nie wiesz jak się cieszę! Akcja z Harrym była dla mnie naprawdę ważna i starałam się napisać ją jak najlepiej, więc cieszy mnie Twoja opinia. Dziena! Ja też troszkę, ale tylko troszkę! jestem z siebie dumna.
      Wiem, że czekasz, wiem. Dziękuję za komciaka. :(

      M.

      Usuń
  14. Świetny rozdział! Na początku też myślałam że to Oliver a to jednak Harry. Zaczyna pomału coś się dziać miedzy H i D super, czekam na dalsze ich losy <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, dziękuję! Tak, małymi kroczkami coś zaczyna się dziać. :)

      M.

      Usuń
  15. Kurczę, emocjonujące to było jak cholera. Przepraszam, za tak słabą składnię zdania poprzedniego, ale kompletnie nie wiem jak wyrazić to, co czuję. Przez cały rozdział miałam łzy w oczach, w niektórych fragmentach się popłakałam. Naprawdę, podobało mi się więcej niż bardzo.
    Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału!
    Pozdrawiam i życzę weny
    Charlotte Petrova

    OdpowiedzUsuń
  16. Bardzo mi się podoba ta historia i czekam na więcej i zapraszam na mojego nowego bloga http://my-secret-life-rose-weasley.blogspot.com/.

    OdpowiedzUsuń
  17. Wow.. Takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Harry w Denver? Draco i Hermiona ocieplają swoje stosunki i przekonują się do siebie. W sumie w końcu i tak by się to stało, tylko oni nie mogli do siebie tego dopuścić. Och! Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału! Życzę aby maturowa załamka minęła i wena powróciła :)
    Pozdrawiam Oblliviatee

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że udało mi się Cię zaskoczyć! ;) Tak, powoli coś zaczyna się między bohaterami dziać, w końcu już 15 rozdział, prawie połowa opowiadania za nami. Mam nadzieję, że wkrótce to coś, z czym się aktualnie zmierzam, minie - a wtedy na pewno zabiorę się za pisanie rozdziału! :) Dziękuję za komentarz i pozdrawiam. :)

      M.

      Usuń
  18. To dobrze, że Draco wraca do szpitala. Na pewno przyda się Hermionie. Mam mieszane uczucia co do pojawienia się Harryego. Niby dobrze, że jest bo Hermiona go potrzebowała. Ale z drugiej strony może przeszkadzać w relacji jaka rozwija się pomiędzy Draco a Hermioną. Żeby tylko Draco się teraz nie wycofał widząc, że Hermiona ma wsparcie i juz go nie potrzebuje i wrócą do chłodnej relacji lekarz-pacjent. Byłoby szkoda zaprzepascic to co już osiągnęli. Trzymam za nich kciuki ;-)
    Pozdrawiam
    Kate

    OdpowiedzUsuń
  19. Cześć! Niedawno odkryłam Twojego bloga.Jezu, ten rozdział był c u d o w n y. Naprawdę. Czytałam z zapartym tchem, tak się wciągnęłam,że kiedy skończyłam czytać pożałowałam, że tak szybko to przeczytałam. Czekam na ciąg dalszy :)
    Chciałabym też podsunąć link do mojego bloga, może w wolnej chwili przeczytałabyś kawałek i dała kilka rad? Z góry dziękuję i pozdrawiam!
    http://miloscsilniejszaodsmierci-dramione.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  20. Przeczytałam wszystkie rozdziały jednym tchem :) Są bardzo przyjemne, wciągające...Bardzo proszę napisz coś jeszcze! Uprzedzam, że bez tego zwariuję i będziesz mnie mieć na sumieniu ;)
    Pozdrawiam Vivenn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejny rozdział jest już od dawna na blogu, wystarczy wejść na stronę główną. :) Cieszę się, że moje opowiadanie Ci się spodobało, dziękuję za miłe słowa.

      M.

      Usuń
  21. Zła kobieta jestem, zapominalska, ale już powoli nadrabiam zaległości. :) Bo cały czas miałam gdzieś z tyłu głowy, że koniecznie w wolnej chwili muszę przeczytać u Ciebie nowe rozdziały.
    Co mogę napisać? Nadal jestem pod wrażeniem, jak lekko czyta się te opisy, przeżycia Hermiony, jak mogę poczuć strach o małe dziecko. Na początku był fragment, że w porównaniu z poszukiwaniami horkruksów i ze stawianiem czoła Voldemortowi, ta sytuacja z Sophie była dużo gorsza. I pomyślałam sobie, że to bardzo celna uwaga, bo wtedy podczas wojny Hermiona mogła działać, mogła walczyć i pomagać, a teraz... gdy jej własna córka ma białaczkę, okazała się bezsilna, praktycznie nic nie może zrobić.
    Relacja Hermiony i Draco, synchronizacja przed szpitalem i potem pod salą - coś pięknego, ledwo namacalne, ale tak dobitne, że aż boli sto razy bardziej dzielący ich mur i sytuacja z Sophie. Sądzę, że pojawienie się Harry'ego wcale nic im nie ułatwi.
    I na sam koniec wspomniałaś Pansy. Bardzo lubię, gdy nie jest pokazana jako kompletna idiotka. Uważam, że z tej postaci można naprawdę wiele wyciągnąć, dlatego też mam nadzieję, że jeszcze gdzieś w którymś rozdziale się ona pojawi. :)
    Pozdrawiam ciepło. :)

    PS. Dawniej komentowałam z konta samtonazwij.

    OdpowiedzUsuń

Layout by Alessa Belikov