Sophie
głośno się śmieje. Jesteśmy w parku na placu zabaw. Niebo jest nadzwyczaj
błękitne, a tylko w oddali widać nadciągające ciemniejsze chmury. Słońce mocno grzeje,
zachęcając do wyjścia z domu i zostawienia wszystkich problemów daleko za sobą.
Mamy już za chwilę się zbierać, ale dziewczynka tak dobrze się bawi, iż stwierdzam,
że kilka minut dłużej spędzonych w tym miejscu, nie będzie niczym złym. Siedzę
na ławce, znajdującej się praktycznie naprzeciwko huśtawki, więc mam idealny
widok na Sophie. Czytam książkę, co chwila zerkając na nią.
—
Tylko mocno się trzymaj! — krzyczę w odpowiedzi. Spuszczam wzrok, szukając w
torbie okularów przeciwsłonecznych i w tym też momencie do moich uszu dociera
dźwięk krzyku.
Podnoszę
oczy do góry i wszystko zaczyna dziać się w spowolnionym tempie. Sophie
puszczająca się obręczy, spadająca; krzyczy w strachu, zanim bezwiednie opada na ziemię. Nad nami na niebie gromadzą się ciemne chmury, zwiastujące burzę. Z
mojego gardła wydobywa się głośny wrzask, gdy zauważam krew przy głowie
dziecka. Jej włoski powoli zaczynają zabawiać się na czerwono. Z nieba zaczyna
padać deszcz, gdzieś w oddali grzmi.
Ale
przecież po burzy zawsze wychodzi słońce, prawda?
Zerwałam się z łóżka,
próbując zaczerpnąć powietrza. Jak w amoku odrzuciłam koc na bok, podrywając się do
góry. W biegu potknęłam się o szafkę nocną, strącając z niej szklankę z wodą — nawet
nie pamiętałam kto ją w to miejsce przyniósł. W tej chwili w głowie miałam
jeden cel, bo przecież ostatnie dni nie mogły być prawdziwe, to musiał być tylko i wyłącznie głupi sen,
zwykłe nieporozumienie. Wpadłam do pokoju Sophie, otwierając głośno drzwi.
Dopiero kiedy stanęłam na środku pokoju, dostrzegając puste łóżko, które jak
gdyby nigdy nic było ładnie pościelone, poczułam, że po raz kolejny zaczynam
się rozpadać. Największy koszmar mojego życia wciąż trwał i nic nie zapowiadało
się na to, że mogło go zabraknąć. Jako jedyny był przy mnie, moja największa
zmora i słabość, chociaż wcale jej nie chciałam.
Mój oddech dopiero w tej jednej chwili, gdy
znajdowałam się wśród jej zabawek, zaczął się uspokajać, ale tylko po to, bym
po chwili zaciągnęła się powietrzem i głośno zaszlochała, osuwając się na
podłogę. Widok pokoju Sophie, w którym nic się nie zmieniło, był zbyt bolesny.
Brakowało w nim tylko jednego, najważniejszego człowieka w moim życiu. Ta
nieobecność zmieniła wszystko. Cały mój świat gwałtownie się zatrząsnął,
powodując zmiany, których nie mogłam niczym naprawić. Oparłam się o ścianę,
chowając twarz w dłoniach. Czułam na policzkach łzy, chociaż nawet nie zdawałam
sobie sprawy z tego, że płaczę. Z każdą mijaną sekundą ból coraz bardziej
doskwierał. Życie jeszcze nigdy tak bardzo nie uwierało, jak w tej chwili, gdy
każde wspomnienie boleśnie rozrywało każdą cząstkę mojej duszy na małe kawałki.
Zabrakło osoby, która była w stanie poskładać ją na nowo dźwięcznym
śmiechem, marudzeniem w gorszy dzień. Pojedyncza, krótka chwila zaprzepaściła
wszystko; straciłam wiarę w szczęście.
— Merlinie, Hermiono… —
Usłyszałam przy sobie. Podniosłam zapłakane oczy do góry, dostrzegając
Harry’ego. Jeszcze rano słyszałam w pokoju głos Ginny, a teraz, już w
południe, pojawił się mój Harry. Nikogo obecność nie mogła jednak pomóc. Nikt nie
potrafił naprawić tego, co wydarzyło się przed czterdziestoma godzinami.
Samotność w tej chwili powinna być moim lekarstwem, ale ilekroć się w niej
zaszywałam… jeszcze więcej wspomnień mnie nawiedzało, jeszcze więcej myśli
krążyło po głowie. Gdy zamykałam oczy wciąż widziałam Sophie, biegnącą do mnie
z wyciągniętymi rączkami. Patrzyła z ufnością, mając przekonanie, że nigdy jej
nie opuszczę — przecież właśnie to zawsze jej obiecywałam! Nawet wtedy, gdy jej
stan był tak krytyczny, że nie było już najmniejszego promyka nadziei.
—
Nigdy cię nie zostawię.
Moim ciałem wstrząsnął
szloch. Poczułam, że obok mnie ktoś — Harry — siada i obejmuje trochę
niezdarnie ramieniem. Nie miałam siły go odtrącić, chociaż tak pragnęłam samotności. Zaszyć się ze swoją żałobą, nie chcieć nikogo widzieć, nawet tych najbliższych mi osób. Zasługiwałam na bycie samej, bo przecież do niczego innego nie miałam prawa. Mimo to oparłam głowę o ramię mężczyzny, nie potrafiąc już nad
sobą zapanować. Łzy płynęły po moich policzkach, było mi przeraźliwie zimno, nie potrafiłam ruszyć się z miejsca. Mogłabym zostać w tym pomieszczeniu do
końca życia, mając świadomość, że ubranka wciąż będą miały jej zapach, że będą
mi ją przypominać.
— Jej już nie ma, nie ma —
szepnęłam zdławionym głosem, uświadamiając sobie tą bolesną prawdę. Poczułam
mocniejszy uścisk; Harry pocałował mnie w czubek głowy, jakby chciał pocieszyć,
powiedzieć, że wkrótce będzie bolało mniej, a przecież nie mógł mi tego
zapewnić. Straciłam dziecko. W tych dwóch słowach, na pozór zwyczajnych, mogłam
zawrzeć całą swoją rozpacz, gniew. Nie potrafiłam wyobrazić sobie kolejnych
dni, miesięcy, lat, nie bez Sophie, która stała się… zwyczajnie stała się moim
życiem. Czy można żyć bez czegoś, co nadawało sens twojemu istnieniu?
Harry nic nie odpowiedział.
Siedzieliśmy pod ścianą, razem płacząc, przytuleni. On, mając świadomość, jak
wiele straciłam i jak długo będę się podnosić po upadku; ja przez utracone
nadzieje. W jedną noc wszystkie szanse
przepadły, a przeszłość jeszcze bardziej o sobie przypominała.
—
Wszystko będzie dobrze.
W ostatnich godzinach jej
życia ciągle powtarzałam te trzy słowa. Stały się modlitwą i jedyną nadzieją.
Moja wiara nie była jednak na tyle silna, by móc utrzymać Sophie przy życiu. Z
każdą mijaną minutą poczucie winy coraz bardziej rosło sprawiając, że w
niektórych momentach nie potrafiłam ze sobą wytrzymać. Czułam do siebie
nienawiść — jaką byłam mamą, skoro nie potrafiłam obronić własnego dziecka przed
śmiercią?
Zaczynałam się uspokajać.
Ślady łez na moich policzkach i rozczochrane włosy były jedynym znakiem, że nie
jest ze mną dobrze. Harry i Ginny zamieniali się, w międzyczasie załatwiając
sprawy związane z… z pożegnaniem Sophie. Tym razem myśl o tym nie przyniosła
kolejnej fali płaczu, a zwykłą, przerażającą bezsilność. Czułam pustkę.
Straciłam sens życia, dla którego przez ostatnie pięć lat miałam siłę wstawać z
łóżka. Teraz, gdy to zniknęło, nic nie miało już znaczenia.
Wstałam z podłogi, odsuwając
się od Harry’ego. Na drżących z wyczerpania nogach ruszyłam w stronę drzwi.
Nic nie zjadłam od czasu, gdy moja Sophie odeszła. Zasypiałam na krótko, po
chwili budząc się z mocno bijącym sercem. Bałam się, że nocne koszmary już nigdy
mnie nie opuszczą i widok jej, w białej pościeli, przeraźliwie bladej, będzie
mnie prześladował do końca życia. Zdałam sobie sprawę z tego, że wolałabym już
nie wstać z łóżka. Wszystko przestało mieć znaczenie — jak mogłoby mieć w
takiej chwili? Osoba, która nikogo nie straciła, nie miała prawa mnie osądzać.
Nikt nie mógł wiedzieć, jak ogromne przytłoczenie czułam. Harry i Ginny starali
się pocieszyć, ale prawda była taka, że żadne słowa, ani żadna obecność, nie
mogły wynagrodzić mojej straty. Już wiedziałam, jak to jest, kiedy niebo
zaczyna walić się na głowę, przyciskając do samej ziemi, aż brakuje tchu. Byłam
świadoma, co się dzieje z człowiekiem, który w jednej chwili stracił cały swój
świat. Zaczął się mój prywatny koniec świata — o wiele wcześniej niż powinien
— i nie mogłam nic na to poradzić. Jedyne czego pragnęłam, to jakiejś drogi na
skróty, ale nic takiego nie było… Przez żałobę, trwającą już do końca mojego
życia, musiałam przejść samotnie, dźwigając na swoich plecach ciężar
przeszłości.
Zanim wyszłam z pokoju
Sophie, odwróciłam się do Harry’ego, przegryzając wargę. Patrzył na mnie
niepewnie, nie wiedząc jakiej reakcji się spodziewać.
— Chcę być sama —
powiedziałam cicho; te trzy słowa sprawiły mi tyle bólu. Wróciłam do swojej sypialni,
od razu kładąc się na łóżku, tyłem do drzwi. Co jakiś czas mój wzrok wędrował
za okno. Słońce mocno świeciło, chociaż nie miało prawa. Nikt ani nic nie
powinno być szczęśliwe, nie w tej chwili, ani w żadnej innej. Radość nagle
stała się dla mnie krótkotrwałą iluzją, z której, wydawało mi się, nie było
drogi ucieczki.
Wieczorem ktoś zadzwonił
do drzwi. Zanurzona w myślach i cierpieniu, ledwo usłyszałam ten dźwięk, ale
ktoś wyraźnie bardzo chciał wejść, bo dobijał się przez długi czas. Nie
miałam zamiaru jednak podnosić się z łóżka, bo wiedziałam, że gdzieś w
mieszkaniu jest Harry i on się wszystkim zajmie. Obiecał mi to kilkadziesiąt
godzin temu, zapewniając chwile samotności, bym mogła zaszyć się w swoim
cierpieniu. Nie chciałam niczego innego.
Za oknem już dawno nastał
wieczór, słońce zniknęło za budynkami, ustępując wreszcie miejsca księżycowi.
Przez dwa dni zdążyłam się przekonać, że noc jest najgorszą możliwą porą dnia.
To właśnie wtedy budziły się w człowieku największe lęki; rozpacz
boleśnie przebijała duszę, nie dając szansy na obronę. Czułam się naga, odkryta
z powłoki bezpieczeństwa, którą dawała obecność mojej Sophie. Sama świadomość,
iż jest w pokoju obok, spokojnie śpi, była dla mnie jak ugaszenie pragnienia w
najbardziej upalne popołudnie. Teraz to wszystko odeszło.
Usłyszałam pukanie do drzwi
mojego pokoju. Nadal leżąc tyłem do drzwi, nie podniosłam do góry nawet wzroku.
Przymknęłam tylko oczy, chcąc udać, że śpię. Nie miałam ochoty z nikim
rozmawiać, a ktokolwiek znajdował się po drugiej stronie, właśnie tego chciał.
Uciec od świata — tylko tego pragnęłam. Nic nie mogło mnie powstrzymać.
A jednak ktoś, mimo że niechciany
w tej chwili, wszedł do środka. Zacisnęłam mocniej oczy, mimowolnie bardziej
się kurcząc i przyciskając kolana do klatki piersiowej. Obecność innych osób
wcale nie pomagała, wręcz przeciwnie. Próby pocieszenia kończyły się falą łez i
jeszcze większym poczuciem bezradności. Poczułam, że łóżko po mojej lewej
stronie ugina się pod ciężarem kogoś. Byłam tak zobojętniała, iż nie obchodziło
mnie, kto przyszedł. Mógł to być Ron albo… Draco. Kiedy poczułam na swoich
plecach dotyk dłoni, wszystko już wiedziałam. Wolno odwróciłam się, chcąc
zobaczyć jego twarz. W ciągu tych kilku nocy, podobnie jak ja, postarzał się o
kilka lat. Pod oczami miał sińce, był blady, nieogolony — jakby stracił
nadzieję. Ta chwila była pierwszą, w której zobaczyliśmy się po tym, jak Sophie
odeszła. Nie potrafiłam powiedzieć
„umarła”. Przecież ona wcale nie umarła, nadal żyła w moich wspomnieniach, a
gdy tylko zapadałam w sen — wciąż ją widziałam. Śmiała się, wreszcie bez bólu,
łez…
Draco patrzył na mnie
wzrokiem pełnym rozpaczy. Podniosłam się do pozycji siedzącej, przykrywając ramiona kocem. Czułam dreszcze i miałam stan podgorączkowy, spowodowany zmęczeniem.
Cierpiałam każdą cząstką siebie, ale równe katusze przeżywał Draco Malfoy, moja
jedyna siła w tych momentach. Siła, która miała zacząć mnie podnosić, a sama brodziła
w poczuciu winy, w bezsilności. Patrzył na mnie zmęczony człowiek, nie wiedzący
co ze sobą zrobić.
— Nie odchodź, proszę —
wyszeptałam zachrypniętym głosem. A on tylko zbliżył się do mnie, pozwalając
oprzeć głowę na swoim ramieniu. Splótł moją dłoń ze swoją, jakby chciał przejąć
część mojego bólu na siebie; a przecież już tak wiele nosił go w sobie. Obarczał
się poczuciem winy, chociaż ja nie miałam mu nic za złe. Nie przyczynił się do
tego. Nie chciałam dokładać mu kolejnych ciężarów… Nie osobie, którą kochałam.
W pokoju było ciemno; jedynie
paląca się za oknem latarnia oświetlała trochę wnętrze pomieszczenia. Tą noc
spędziłam przy Draco Malfoyu, opłakując razem z nim stratę dziecka.
Nie
mogłam wiedzieć, że jedna z najgorszych nocy w moim życiu, będzie zarazem
ostatnią z moją miłością.
Mówią, że rodzina osób, które chorują, psychicznie jest lepiej przygotowana na jej odejście. W ciągu trzech
dni zrozumiałam, jak wiele kłamstwa usłyszałam o tych sprawach. Wcale nie byłam
przygotowana na śmierć mojej Sophie — miałam wrażenie, że wciąż śnię, gubię się
w koszmarach, nie mogąc się z nich wydostać. Każda śmierć jest niesprawiedliwa,
ale miałam wrażenie, iż ktokolwiek gdzieś nade mną czuwał, w tej chwili sobie
ze mnie zakpił. Otrzymałam ogromne szczęście tylko po to, by można mi było je
odebrać. Nie potrafiłam zrozumieć, w jaki sposób miałoby to uczynić mnie
silniejszą. Jeszcze nigdy nie czułam się tak podatna na zranienie.
Pogrzeby są wyprawiane zbyt
szybko. Trzy dni nie mogły mnie oswoić z poczuciem straty, więc wszystko, co
musiałam załatwić i podpisać, robiłam bezwiednie. Stałam się maszyną,
działającą automatycznie,
nie zastanawiającą się nad wykonywanymi ruchami. Było mi obojętne jak ceremonia
będzie wyglądać, kto na nią przyjedzie — wszystko zostawiłam na głowie
Harry’ego i Ginny w momencie śmierci dziecka. Gdzieś w głębi podziwiałam matki,
które pierwsze kilka dni po stracie pociechy były w stanie wszystko zorganizować,
a dopiero później pogrążały się w rozpaczy. Ja nie potrafiłam i nie wiedziałam,
czy kiedykolwiek będę potrafić. Kiedy umiera dziecko, mówi się o wielkiej
tragedii. Każdy żałuje, bo przecież ten mały człowiek miał przed sobą całe
życie; każdy płacze, nie zastanawiając się, jak wielki ból czuje rodzina
zmarłej osoby. Współczujące spojrzenia, czasem oczy wypełnione łzami: ten widok
zapamiętałam z twarzy obecnych ludzi w kościele.
Wszystko już było gotowe,
ceremonia miała lada chwila się zacząć. Poprawiłam czarną sukienkę, wygładzając
wszystkie zagięcia. Po raz ostatni miałam zobaczyć Sophie, po raz ostatni
spojrzeć na jej twarz, dotknąć jej małych rączek. Miałam się pożegnać. Czy
można pożegnać się ze swoim światem? Wątpiłam. Nie chcąc dłużej przeciągać
momentu rozstania, wyszłam z pomieszczenia, wchodząc do środka kościoła. Przed
drzwiami czekał na mnie Harry; objął mnie lekko ramieniem, pomagając iść.
Szliśmy środkiem, więc automatycznie uwaga wszystkich osób skierowała się na
nas. Usłyszałam szepty znanych głosów. Rozejrzałam się lekko, chcąc zobaczyć
kto jest w środku i zdziwiłam się widząc tyle zapełnionych krzeseł. Widziałam
Charlotte, panią doktor z Londynu, siedzącą razem z Megan; widziałam Ruby,
szlochającą w ramię męża. Jack — mój szef z biura — razem z Emily, najlepszą
koleżanką i kilkoma innymi osobami, które miały okazję poznać Sophie. Mamy,
które poznałam na oddziale onkologicznym w szpitalu, kilka pielęgniarek.
Najbardziej zabolał mnie jednak widok mojego taty, siedzącego w ostatnim
rzędzie. Patrzył na mnie z bólem, nawet nie usiłując ukryć swoich łez. Poczułam
w gardle gulę, gdy odwróciłam od niego wzrok. Nie miał prawa tu być.
Usiadłam tuż przed… trumną, obok Olivera. Nie chciałam na
niego nawet patrzeć, bo wiedziałam, że nie wytrzymam kolejnego spojrzenia,
przepełnionego cierpieniem. Instynktownie wzięłam go za rękę, nawet nie zastanawiając
się nad tym ruchem. Oboje straciliśmy dziecko, a fakt, iż on był przy Sophie
krócej, niczego nie zmieniał. Oliver mógł mieć jeszcze większe wyrzuty
sumienia, bo przecież zmarnował tyle czasu… Pozostało mu tylko kilka wspomnień,
dzięki którym miał jakoś funkcjonować.
Kiedy zaczęła się ceremonia,
wstałam i podeszłam do Sophie. Przez godzinę trzymałam ją za rączkę, chcąc
zapamiętać ten dotyk. Chłonąć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Starałam
się nie myśleć o tym, że już nigdy więcej nie usłyszę jej śmiechu, nie zobaczę
jej oczu. Ta myśl sprawiała zbyt wiele bólu, by mogła być prawdziwa.
— Dzisiaj wcale nie żegnamy
Sophie… — zaczął mówić ksiądz.
Mówił o pięknych pięciu
latach. O walce, jaką toczyła moja Sophie i którą przegrała — chociaż według
niego nie była to porażka, a zwycięstwo w każdym tego słowa znaczeniu. Nie za
bardzo wiedziałam, w którym aspekcie ta wojna została wygrana. Mówił o
dzieciństwie, wypełnionym pięknymi wspomnieniami, pamiątkami, które zostały po
moim dziecku. Były również słowa, które kierował głównie do mnie i Olivera — o
niegasnącej nadziei i sile, jaką powinniśmy w sobie znaleźć. Po tym fragmencie
przestałam słuchać.
Rozejrzałam się wokół siebie,
patrząc jak nieznajome osoby płaczą, słuchając kazania duchownego. W tym całym
tłumie szukałam jednego człowieka, ale nigdzie nie mogłam dostrzec znajomych
blond włosów. W końcu przestałam się rozglądać, bo powinnam była skupić swoje
myśli na Sophie, nie na nieobecnym Malfoyu. W tym momencie coś we mnie pękło,
jakieś resztki nadziei. Po kilku minutach poczułam na dłoni uścisk i zauważyłam
Olivera, stojącego obok mnie. Mimowolnie oparłam swoją głowę o jego ramię,
przymykając oczy. Potrzebowałam kogoś obok. Dzieliłam się z nim bólem, płacząc.
Ogarniała mnie coraz większa panika związana z tym, że to wszystko dzieje się
naprawdę — i nie ma już żadnego odwrotu.
Przedostatni
dzień życia Sophie był jednym z lepszych. Mówi się, że Bóg daje choremu szansę
na pożegnanie się z bliskimi, dlatego kilka dni przed śmiercią ta osoba jakby
lepiej się czuje, lepiej uśmiecha. Nigdy jednak nie wiadomo czy to kolejny
dobry dzień, czy już ten ostatni. W przypadku Sophie nie brałam do siebie innej
opcji, niż ta pierwsza.
Stałam
przed salą, patrząc na Olivera, czytającego Sophie bajkę. Ranek zdecydowanie
nie był dla nas łaskawy — dziewczynka miała podwyższoną temperaturę i
wymiotowała — ale gdy nadeszło południe, wszystko jakby się zatrzymało. Mogłam
chociaż na chwilę odetchnąć i przestać się martwić, a zacząć cieszyć się
lepszym samopoczuciem mojego dziecka. Na moją twarz mimowolnie wkradł się
uśmiech, gdy Sophie zaśmiała się. Nie miała tyle sił, co wcześniej, ale
przecież nadal była sobą. Żadna choroba nie mogła zabić w niej dziecięcej
ufności, szczęścia z najmniejszych i najprostszych rzeczy. Dzieci potrafiły
znaleźć radość w letnim deszczu, a swoją pozytywnością zarażały wszystkich
wokół. Dorośli powinni właśnie tego się od nich uczyć. W którym momencie życia
człowiek staje się szarą wersją samego siebie?
—
Co tam robicie? — zapytałam, kiedy weszłam do środka. Chciałam jak najwięcej czasu
spędzić z Sophie, żeby nie przegapić już żadnej chwili, żadnego jej uśmiechu.
—
Tata czyta mi bajkę, którą czytała mu kiedyś babcia! Ale mamo, wiesz jaką
dziwną nazwę ma ta bajka?
—
Jaką? — Usiadłam na krześle po drugiej stronie łóżka, poprawiając dziewczynce w
tym czasie kołdrę. Dostrzegłam okładkę książki, jaką czytał Sophie Oliver,
jednak nie chciałam odbierać jej radości w informowaniu mnie o wszystkim.
—
„Czarodziej i skaczący garnek”! Prawda, że śmieszna?
—
Tak, zdecydowanie śmieszny tytuł. A co takiego dziwnego jest w tej bajce?
—
No bo ten garnek naprawdę skakał! — powiedziała z zachwytem, przytulając
mocniej swojego misia.
—
Tak było — wtrącił się Oliver.
—
A masz „Czarę Marę i jej gdaczący pieniek”? Dawno nie czytałam tych bajek, w
sumie to od… siedmiu lat.
—
Ja też, nawet dłużej, aż do teraz — odparł, podając mi książeczkę. — Sprawdź na
dwudziestej szóstej stronie.
—
Mamo, przeczytaj, proszę, proszę, proszę!
—
Właśnie, Hermiono, przeczytaj. — Uśmiechnął się, potakując. W jego oczach
widziałam prawdziwe szczęście, jakby wreszcie znalazł to, czego od tak dawna
szukał. Teraz, siedząc naprzeciwko niego, przypomniałam sobie, dlaczego te
kilka lat temu się w nim zauroczyłam.
Zaczęłam
czytać, czując, że mimo wszystko jeszcze będzie dobrze. Nie było.
Wszyscy ruszyli w ostatnią
podróż Sophie. Po piętnastu minutach płaczu wreszcie pozwoliłam zamknąć trumnę,
ale miałam wrażenie, że gdy ostatni raz spojrzałam na moje dziecko — umarłam. Pozostała
mi tylko rozpacz i wszechogarniająca pusta.
Szłam jako pierwsza, podtrzymywana
przez Ginny. Na miejsce dotarliśmy zbyt szybko; nie zdążyłam oswoić się z
myślą, że to koniec drogi, koniec drogi Sophie. Przed głośnym płaczem broniły
mnie tylko leki uspakajające, które wzięłam przed pogrzebem. Otumaniona, ledwo
idąca — tak żegnałam swoją córkę. W rękach ciągle trzymałam misia Sophie:
Rudolfa. Miała go ze sobą praktycznie od urodzenia i nigdy się z nim nie
rozstawała. Był jej przyjacielem, dawał szczęście, mimo że nic szczególnego nie
robił. Niejednokrotnie widziałam, jak Sophie coś mu tłumaczyła, albo obrażona
na mnie mówiła co zrobiłam nie tak, jak ona chciała. Rzecz, która przypominała
mi moją córkę najbardziej, nie mogła zostać ze mną. Zrobiłam to, co podyktowało
mi serce — podeszłam do trumny i położyłam na niej, wśród pięknych, białych
kwiatów, misia. Mimowolnie spojrzałam do góry, w niebo, przeklinając w myślach
słońce. Chciałam, żeby padał deszcz, żeby niebo płakało razem ze mną. Żeby
cierpiało tak samo, jak cierpiałam ja.
Ludzie powoli się
rozchodzili, aż w końcu zostałam tylko ja i Oliver, a gdzieś za nami Harry z
Ronem i Ginny. Co z tego, że każdy był i płakał, skoro teraz wszyscy wracali do
swoich spraw i najprawdopodobniej szybko o tym zapominali? Irytowała mnie
obojętność ludzi i zwrócenie ich uwagi tylko na krótką chwilę. Tego dnia
usłyszałam wiele kondolencji, ale ile z nich było powiedziane z czystej uprzejmości,
wymuszone, a ile szczerych — tego nie wiedziałam. Opuściłam wzrok na dłonie,
gdy po raz kolejny w moich oczach zgromadziły się łzy… a wydawało mi się, że
już mi ich zabrakło. Teraz, gdy minęła pierwsza faza rozpaczy po śmierci
Sophie, złożona ze zwykłego niedowierzania, nadszedł czas na fazę tęsknoty i
żalu. Czas wspominania i obwiniania się, że nie zrobiło się więcej, niż można
było.
— Hermiono… — Usłyszałam głos
taty, mojego taty. Uśmiechnęłam się ironicznie, odwracając się powoli w jego
stronę. — Bardzo mi przykro z powodu Sophie i…
— Proszę, nie chcę tego
słuchać. Daj mi spokój — powiedziałam, kiwając głową na boki. — Pozwól mi
przeżyć żałobę bez wracania do przeszłości. Zostaw mnie w spokoju i nie udawaj,
że cię to obchodzi. Teraz chcę być tylko sama.
— Nie chciałem być
natarczywy, więc…
— Po prostu odejdź.
Przez chwilę stał jeszcze w
miejscu, zanim odwrócił się i ruszył chodnikiem w stronę bramy. A ja usiadłam
tylko na ławce i zostałam tam do momentu, w którym Harry siłą zaciągnął mnie do
taksówki, kiedy byłam już zbyt zmarznięta, by móc tam dłużej być.
W dniu pogrzebu Sophie umarło
we mnie wszystko — szczęście, nadzieja, wiara. Jedyna osoba, która mogła mnie
wesprzeć w tym dniu, zawiodła, zaszywając się w swoim smutku. W tej chwili coś
sobie uświadomiłam; że nie mogę być szczęśliwa bez mojego dziecka. Sophie była
moją jasnością w panującej na świecie ciemności, a gdy odeszła, wszystko się
zmieniło.
Już nic nie miało znaczenia.