15 kwi 2017

Rozdział 28


      — Mamusiu, patrz jak wysoko się huśtam!
Sophie głośno się śmieje. Jesteśmy w parku na placu zabaw. Niebo jest nadzwyczaj błękitne, a tylko w oddali widać nadciągające ciemniejsze chmury. Słońce mocno grzeje, zachęcając do wyjścia z domu i zostawienia wszystkich problemów daleko za sobą. Mamy już za chwilę się zbierać, ale dziewczynka tak dobrze się bawi, iż stwierdzam, że kilka minut dłużej spędzonych w tym miejscu, nie będzie niczym złym. Siedzę na ławce, znajdującej się praktycznie naprzeciwko huśtawki, więc mam idealny widok na Sophie.  Czytam książkę, co chwila zerkając na nią.
— Tylko mocno się trzymaj! — krzyczę w odpowiedzi. Spuszczam wzrok, szukając w torbie okularów przeciwsłonecznych i w tym też momencie do moich uszu dociera dźwięk krzyku.
Podnoszę oczy do góry i wszystko zaczyna dziać się w spowolnionym tempie. Sophie puszczająca się obręczy, spadająca; krzyczy w strachu, zanim bezwiednie opada na ziemię. Nad nami na niebie gromadzą się ciemne chmury, zwiastujące burzę. Z mojego gardła wydobywa się głośny wrzask, gdy zauważam krew przy głowie dziecka. Jej włoski powoli zaczynają zabawiać się na czerwono. Z nieba zaczyna padać deszcz, gdzieś w oddali grzmi.
Ale przecież po burzy zawsze wychodzi słońce, prawda?

Zerwałam się z łóżka, próbując zaczerpnąć powietrza. Jak w amoku odrzuciłam koc na bok, podrywając się do góry. W biegu potknęłam się o szafkę nocną, strącając z niej szklankę  z wodą — nawet nie pamiętałam kto ją w to miejsce przyniósł. W tej chwili w głowie miałam jeden  cel, bo przecież ostatnie dni nie mogły być prawdziwe, to musiał być tylko i wyłącznie głupi sen, zwykłe nieporozumienie. Wpadłam do pokoju Sophie, otwierając głośno drzwi. Dopiero kiedy stanęłam na środku pokoju, dostrzegając puste łóżko, które jak gdyby nigdy nic było ładnie pościelone, poczułam, że po raz kolejny zaczynam się rozpadać. Największy koszmar mojego życia wciąż trwał i nic nie zapowiadało się na to, że mogło go zabraknąć. Jako jedyny był przy mnie, moja największa zmora i słabość, chociaż wcale jej nie chciałam.
 Mój oddech dopiero w tej jednej chwili, gdy znajdowałam się wśród jej zabawek, zaczął się uspokajać, ale tylko po to, bym po chwili zaciągnęła się powietrzem i głośno zaszlochała, osuwając się na podłogę. Widok pokoju Sophie, w którym nic się nie zmieniło, był zbyt bolesny. Brakowało w nim tylko jednego, najważniejszego człowieka w moim życiu. Ta nieobecność zmieniła wszystko. Cały mój świat gwałtownie się zatrząsnął, powodując zmiany, których nie mogłam niczym naprawić. Oparłam się o ścianę, chowając twarz w dłoniach. Czułam na policzkach łzy, chociaż nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że płaczę. Z każdą mijaną sekundą ból coraz bardziej doskwierał. Życie jeszcze nigdy tak bardzo nie uwierało, jak w tej chwili, gdy każde wspomnienie boleśnie rozrywało każdą cząstkę mojej duszy na małe kawałki. Zabrakło osoby, która była w stanie poskładać ją na nowo dźwięcznym śmiechem, marudzeniem w gorszy dzień. Pojedyncza, krótka chwila zaprzepaściła wszystko; straciłam wiarę w szczęście.
— Merlinie, Hermiono… — Usłyszałam przy sobie. Podniosłam zapłakane oczy do góry, dostrzegając Harry’ego. Jeszcze rano słyszałam w pokoju głos Ginny, a teraz, już w południe, pojawił się mój Harry. Nikogo obecność nie mogła jednak pomóc. Nikt nie potrafił naprawić tego, co wydarzyło się przed czterdziestoma godzinami. Samotność w tej chwili powinna być moim lekarstwem, ale ilekroć się w niej zaszywałam… jeszcze więcej wspomnień mnie nawiedzało, jeszcze więcej myśli krążyło po głowie. Gdy zamykałam oczy wciąż widziałam Sophie, biegnącą do mnie z wyciągniętymi rączkami. Patrzyła z ufnością, mając przekonanie, że nigdy jej nie opuszczę — przecież właśnie to zawsze jej obiecywałam! Nawet wtedy, gdy jej stan był tak krytyczny, że nie było już najmniejszego promyka nadziei. 

— Nigdy cię nie zostawię.

Moim ciałem wstrząsnął szloch. Poczułam, że obok mnie ktoś — Harry — siada i obejmuje trochę niezdarnie ramieniem. Nie miałam siły go odtrącić, chociaż tak pragnęłam samotności. Zaszyć się ze swoją żałobą, nie chcieć nikogo widzieć, nawet tych najbliższych mi osób. Zasługiwałam na bycie samej, bo przecież do niczego innego nie miałam prawa. Mimo to oparłam głowę o ramię mężczyzny, nie potrafiąc już nad sobą zapanować. Łzy płynęły po moich policzkach, było mi przeraźliwie zimno, nie potrafiłam ruszyć się z miejsca. Mogłabym zostać w tym pomieszczeniu do końca życia, mając świadomość, że ubranka wciąż będą miały jej zapach, że będą mi ją przypominać. 
— Jej już nie ma, nie ma — szepnęłam zdławionym głosem, uświadamiając sobie tą bolesną prawdę. Poczułam mocniejszy uścisk; Harry pocałował mnie w czubek głowy, jakby chciał pocieszyć, powiedzieć, że wkrótce będzie bolało mniej, a przecież nie mógł mi tego zapewnić. Straciłam dziecko. W tych dwóch słowach, na pozór zwyczajnych, mogłam zawrzeć całą swoją rozpacz, gniew. Nie potrafiłam wyobrazić sobie kolejnych dni, miesięcy, lat, nie bez Sophie, która stała się… zwyczajnie stała się moim życiem. Czy można żyć bez czegoś, co nadawało sens twojemu istnieniu?
Harry nic nie odpowiedział. Siedzieliśmy pod ścianą, razem płacząc, przytuleni. On, mając świadomość, jak wiele straciłam i jak długo będę się podnosić po upadku; ja przez utracone nadzieje. W jedną noc wszystkie szanse przepadły, a przeszłość jeszcze bardziej o sobie przypominała.

— Wszystko będzie dobrze.

W ostatnich godzinach jej życia ciągle powtarzałam te trzy słowa. Stały się modlitwą i jedyną nadzieją. Moja wiara nie była jednak na tyle silna, by móc utrzymać Sophie przy życiu. Z każdą mijaną minutą poczucie winy coraz bardziej rosło sprawiając, że w niektórych momentach nie potrafiłam ze sobą wytrzymać. Czułam do siebie nienawiść — jaką byłam mamą, skoro nie potrafiłam obronić własnego dziecka przed śmiercią?
Zaczynałam się uspokajać. Ślady łez na moich policzkach i rozczochrane włosy były jedynym znakiem, że nie jest ze mną dobrze. Harry i Ginny zamieniali się, w międzyczasie załatwiając sprawy związane z… z pożegnaniem Sophie. Tym razem myśl o tym nie przyniosła kolejnej fali płaczu, a zwykłą, przerażającą bezsilność. Czułam pustkę. Straciłam sens życia, dla którego przez ostatnie pięć lat miałam siłę wstawać z łóżka. Teraz, gdy to zniknęło, nic nie miało już znaczenia.
Wstałam z podłogi, odsuwając się od Harry’ego. Na drżących z wyczerpania nogach ruszyłam w stronę drzwi. Nic nie zjadłam od czasu, gdy moja Sophie odeszła. Zasypiałam na krótko, po chwili budząc się z mocno bijącym sercem. Bałam się, że nocne koszmary już nigdy mnie nie opuszczą i widok jej, w białej pościeli, przeraźliwie bladej, będzie mnie prześladował do końca życia. Zdałam sobie sprawę z tego, że wolałabym już nie wstać z łóżka. Wszystko przestało mieć znaczenie — jak mogłoby mieć w takiej chwili? Osoba, która nikogo nie straciła, nie miała prawa mnie osądzać. Nikt nie mógł wiedzieć, jak ogromne przytłoczenie czułam. Harry i Ginny starali się pocieszyć, ale prawda była taka, że żadne słowa, ani żadna obecność, nie mogły wynagrodzić mojej straty. Już wiedziałam, jak to jest, kiedy niebo zaczyna walić się na głowę, przyciskając do samej ziemi, aż brakuje tchu. Byłam świadoma, co się dzieje z człowiekiem, który w jednej chwili stracił cały swój świat. Zaczął się mój prywatny koniec świata — o wiele wcześniej niż powinien — i nie mogłam nic na to poradzić. Jedyne czego pragnęłam, to jakiejś drogi na skróty, ale nic takiego nie było… Przez żałobę, trwającą już do końca mojego życia, musiałam przejść samotnie, dźwigając na swoich plecach ciężar przeszłości.
Zanim wyszłam z pokoju Sophie, odwróciłam się do Harry’ego, przegryzając wargę. Patrzył na mnie niepewnie, nie wiedząc jakiej reakcji się spodziewać.
— Chcę być sama — powiedziałam cicho; te trzy słowa sprawiły mi tyle bólu. Wróciłam do swojej sypialni, od razu kładąc się na łóżku, tyłem do drzwi. Co jakiś czas mój wzrok wędrował za okno. Słońce mocno świeciło, chociaż nie miało prawa. Nikt ani nic nie powinno być szczęśliwe, nie w tej chwili, ani w żadnej innej. Radość nagle stała się dla mnie krótkotrwałą iluzją, z której, wydawało mi się, nie było drogi ucieczki.

Wieczorem ktoś zadzwonił do drzwi. Zanurzona w myślach i cierpieniu, ledwo usłyszałam ten dźwięk, ale ktoś wyraźnie bardzo chciał wejść, bo dobijał się przez długi czas. Nie miałam zamiaru jednak podnosić się z łóżka, bo wiedziałam, że gdzieś w mieszkaniu jest Harry i on się wszystkim zajmie. Obiecał mi to kilkadziesiąt godzin temu, zapewniając chwile samotności, bym mogła zaszyć się w swoim cierpieniu. Nie chciałam niczego innego.
Za oknem już dawno nastał wieczór, słońce zniknęło za budynkami, ustępując wreszcie miejsca księżycowi. Przez dwa dni zdążyłam się przekonać, że noc jest najgorszą możliwą porą dnia. To właśnie wtedy budziły się w człowieku największe lęki; rozpacz boleśnie przebijała duszę, nie dając szansy na obronę. Czułam się naga, odkryta z powłoki bezpieczeństwa, którą dawała obecność mojej Sophie. Sama świadomość, iż jest w pokoju obok, spokojnie śpi, była dla mnie jak ugaszenie pragnienia w najbardziej upalne popołudnie. Teraz to wszystko odeszło.
Usłyszałam pukanie do drzwi mojego pokoju. Nadal leżąc tyłem do drzwi, nie podniosłam do góry nawet wzroku. Przymknęłam tylko oczy, chcąc udać, że śpię. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać, a ktokolwiek znajdował się po drugiej stronie, właśnie tego chciał. Uciec od świata — tylko tego pragnęłam. Nic nie mogło mnie powstrzymać.
A jednak ktoś, mimo że niechciany w tej chwili, wszedł do środka. Zacisnęłam mocniej oczy, mimowolnie bardziej się kurcząc i przyciskając kolana do klatki piersiowej. Obecność innych osób wcale nie pomagała, wręcz przeciwnie. Próby pocieszenia kończyły się falą łez i jeszcze większym poczuciem bezradności. Poczułam, że łóżko po mojej lewej stronie ugina się pod ciężarem kogoś. Byłam tak zobojętniała, iż nie obchodziło mnie, kto przyszedł. Mógł to być Ron albo… Draco. Kiedy poczułam na swoich plecach dotyk dłoni, wszystko już wiedziałam. Wolno odwróciłam się, chcąc zobaczyć jego twarz. W ciągu tych kilku nocy, podobnie jak ja, postarzał się o kilka lat. Pod oczami miał sińce, był blady, nieogolony — jakby stracił nadzieję. Ta chwila była pierwszą, w której zobaczyliśmy się po tym, jak Sophie odeszła. Nie potrafiłam powiedzieć „umarła”. Przecież ona wcale nie umarła, nadal żyła w moich wspomnieniach, a gdy tylko zapadałam w sen — wciąż ją widziałam. Śmiała się, wreszcie bez bólu, łez… 
Draco patrzył na mnie wzrokiem pełnym rozpaczy. Podniosłam się do pozycji siedzącej, przykrywając ramiona kocem. Czułam dreszcze i miałam stan podgorączkowy, spowodowany zmęczeniem. Cierpiałam każdą cząstką siebie, ale równe katusze przeżywał Draco Malfoy, moja jedyna siła w tych momentach. Siła, która miała zacząć mnie podnosić, a sama brodziła w poczuciu winy, w bezsilności. Patrzył na mnie zmęczony człowiek, nie wiedzący co ze sobą zrobić.
— Nie odchodź, proszę — wyszeptałam zachrypniętym głosem. A on tylko zbliżył się do mnie, pozwalając oprzeć głowę na swoim ramieniu. Splótł moją dłoń ze swoją, jakby chciał przejąć część mojego bólu na siebie; a przecież już tak wiele nosił go w sobie. Obarczał się poczuciem winy, chociaż ja nie miałam mu nic za złe. Nie przyczynił się do tego. Nie chciałam dokładać mu kolejnych ciężarów… Nie osobie, którą kochałam.
W pokoju było ciemno; jedynie paląca się za oknem latarnia oświetlała trochę wnętrze pomieszczenia. Tą noc spędziłam przy Draco Malfoyu, opłakując razem z nim stratę dziecka.
Nie mogłam wiedzieć, że jedna z najgorszych nocy w moim życiu, będzie zarazem ostatnią z moją miłością.

Mówią, że rodzina osób, które chorują, psychicznie jest lepiej przygotowana na jej odejście. W ciągu trzech dni zrozumiałam, jak wiele kłamstwa usłyszałam o tych sprawach. Wcale nie byłam przygotowana na śmierć mojej Sophie — miałam wrażenie, że wciąż śnię, gubię się w koszmarach, nie mogąc się z nich wydostać. Każda śmierć jest niesprawiedliwa, ale miałam wrażenie, iż ktokolwiek gdzieś nade mną czuwał, w tej chwili sobie ze mnie zakpił. Otrzymałam ogromne szczęście tylko po to, by można mi było je odebrać. Nie potrafiłam zrozumieć, w jaki sposób miałoby to uczynić mnie silniejszą. Jeszcze nigdy nie czułam się tak podatna na zranienie.
Pogrzeby są wyprawiane zbyt szybko. Trzy dni nie mogły mnie oswoić z poczuciem straty, więc wszystko, co musiałam załatwić i podpisać, robiłam bezwiednie. Stałam się maszyną, działającą automatycznie, nie zastanawiającą się nad wykonywanymi ruchami. Było mi obojętne jak ceremonia będzie wyglądać, kto na nią przyjedzie — wszystko zostawiłam na głowie Harry’ego i Ginny w momencie śmierci dziecka. Gdzieś w głębi podziwiałam matki, które pierwsze kilka dni po stracie pociechy były w stanie wszystko zorganizować, a dopiero później pogrążały się w rozpaczy. Ja nie potrafiłam i nie wiedziałam, czy kiedykolwiek będę potrafić. Kiedy umiera dziecko, mówi się o wielkiej tragedii. Każdy żałuje, bo przecież ten mały człowiek miał przed sobą całe życie; każdy płacze, nie zastanawiając się, jak wielki ból czuje rodzina zmarłej osoby. Współczujące spojrzenia, czasem oczy wypełnione łzami: ten widok zapamiętałam z twarzy obecnych ludzi w kościele.
Wszystko już było gotowe, ceremonia miała lada chwila się zacząć. Poprawiłam czarną sukienkę, wygładzając wszystkie zagięcia. Po raz ostatni miałam zobaczyć Sophie, po raz ostatni spojrzeć na jej twarz, dotknąć jej małych rączek. Miałam się pożegnać. Czy można pożegnać się ze swoim światem? Wątpiłam. Nie chcąc dłużej przeciągać momentu rozstania, wyszłam z pomieszczenia, wchodząc do środka kościoła. Przed drzwiami czekał na mnie Harry; objął mnie lekko ramieniem, pomagając iść. Szliśmy środkiem, więc automatycznie uwaga wszystkich osób skierowała się na nas. Usłyszałam szepty znanych głosów. Rozejrzałam się lekko, chcąc zobaczyć kto jest w środku i zdziwiłam się widząc tyle zapełnionych krzeseł. Widziałam Charlotte, panią doktor z Londynu, siedzącą razem z Megan; widziałam Ruby, szlochającą w ramię męża. Jack — mój szef z biura — razem z Emily, najlepszą koleżanką i kilkoma innymi osobami, które miały okazję poznać Sophie. Mamy, które poznałam na oddziale onkologicznym w szpitalu, kilka pielęgniarek. Najbardziej zabolał mnie jednak widok mojego taty, siedzącego w ostatnim rzędzie. Patrzył na mnie z bólem, nawet nie usiłując ukryć swoich łez. Poczułam w gardle gulę, gdy odwróciłam od niego wzrok. Nie miał prawa tu być.
Usiadłam tuż przed… trumną, obok Olivera. Nie chciałam na niego nawet patrzeć, bo wiedziałam, że nie wytrzymam kolejnego spojrzenia, przepełnionego cierpieniem. Instynktownie wzięłam go za rękę, nawet nie zastanawiając się nad tym ruchem. Oboje straciliśmy dziecko, a fakt, iż on był przy Sophie krócej, niczego nie zmieniał. Oliver mógł mieć jeszcze większe wyrzuty sumienia, bo przecież zmarnował tyle czasu… Pozostało mu tylko kilka wspomnień, dzięki którym miał jakoś funkcjonować.
Kiedy zaczęła się ceremonia, wstałam i podeszłam do Sophie. Przez godzinę trzymałam ją za rączkę, chcąc zapamiętać ten dotyk. Chłonąć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Starałam się nie myśleć o tym, że już nigdy więcej nie usłyszę jej śmiechu, nie zobaczę jej oczu. Ta myśl sprawiała zbyt wiele bólu, by mogła być prawdziwa.
— Dzisiaj wcale nie żegnamy Sophie… — zaczął mówić ksiądz.
Mówił o pięknych pięciu latach. O walce, jaką toczyła moja Sophie i którą przegrała — chociaż według niego nie była to porażka, a zwycięstwo w każdym tego słowa znaczeniu. Nie za bardzo wiedziałam, w którym aspekcie ta wojna została wygrana. Mówił o dzieciństwie, wypełnionym pięknymi wspomnieniami, pamiątkami, które zostały po moim dziecku. Były również słowa, które kierował głównie do mnie i Olivera — o niegasnącej nadziei i sile, jaką powinniśmy w sobie znaleźć. Po tym fragmencie przestałam słuchać.
Rozejrzałam się wokół siebie, patrząc jak nieznajome osoby płaczą, słuchając kazania duchownego. W tym całym tłumie szukałam jednego człowieka, ale nigdzie nie mogłam dostrzec znajomych blond włosów. W końcu przestałam się rozglądać, bo powinnam była skupić swoje myśli na Sophie, nie na nieobecnym Malfoyu. W tym momencie coś we mnie pękło, jakieś resztki nadziei. Po kilku minutach poczułam na dłoni uścisk i zauważyłam Olivera, stojącego obok mnie. Mimowolnie oparłam swoją głowę o jego ramię, przymykając oczy. Potrzebowałam kogoś obok. Dzieliłam się z nim bólem, płacząc. Ogarniała mnie coraz większa panika związana z tym, że to wszystko dzieje się naprawdę — i nie ma już żadnego odwrotu.

Przedostatni dzień życia Sophie był jednym z lepszych. Mówi się, że Bóg daje choremu szansę na pożegnanie się z bliskimi, dlatego kilka dni przed śmiercią ta osoba jakby lepiej się czuje, lepiej uśmiecha. Nigdy jednak nie wiadomo czy to kolejny dobry dzień, czy już ten ostatni. W przypadku Sophie nie brałam do siebie innej opcji, niż ta pierwsza.
Stałam przed salą, patrząc na Olivera, czytającego Sophie bajkę. Ranek zdecydowanie nie był dla nas łaskawy — dziewczynka miała podwyższoną temperaturę i wymiotowała — ale gdy nadeszło południe, wszystko jakby się zatrzymało. Mogłam chociaż na chwilę odetchnąć i przestać się martwić, a zacząć cieszyć się lepszym samopoczuciem mojego dziecka. Na moją twarz mimowolnie wkradł się uśmiech, gdy Sophie zaśmiała się. Nie miała tyle sił, co wcześniej, ale przecież nadal była sobą. Żadna choroba nie mogła zabić w niej dziecięcej ufności, szczęścia z najmniejszych i najprostszych rzeczy. Dzieci potrafiły znaleźć radość w letnim deszczu, a swoją pozytywnością zarażały wszystkich wokół. Dorośli powinni właśnie tego się od nich uczyć. W którym momencie życia człowiek staje się szarą wersją samego siebie?
— Co tam robicie? — zapytałam, kiedy weszłam do środka. Chciałam jak najwięcej czasu spędzić z Sophie, żeby nie przegapić już żadnej chwili, żadnego jej uśmiechu.
— Tata czyta mi bajkę, którą czytała mu kiedyś babcia! Ale mamo, wiesz jaką dziwną nazwę ma ta bajka?
— Jaką? — Usiadłam na krześle po drugiej stronie łóżka, poprawiając dziewczynce w tym czasie kołdrę. Dostrzegłam okładkę książki, jaką czytał Sophie Oliver, jednak nie chciałam odbierać jej radości w informowaniu mnie o wszystkim.
— „Czarodziej i skaczący garnek”! Prawda, że śmieszna?
— Tak, zdecydowanie śmieszny tytuł. A co takiego dziwnego jest w tej bajce?
— No bo ten garnek naprawdę skakał! — powiedziała z zachwytem, przytulając mocniej swojego misia.
— Tak było — wtrącił się Oliver.
— A masz „Czarę Marę i jej gdaczący pieniek”? Dawno nie czytałam tych bajek, w sumie to od… siedmiu lat.
— Ja też, nawet dłużej, aż do teraz — odparł, podając mi książeczkę. — Sprawdź na dwudziestej szóstej stronie.
— Mamo, przeczytaj, proszę, proszę, proszę!
— Właśnie, Hermiono, przeczytaj. — Uśmiechnął się, potakując. W jego oczach widziałam prawdziwe szczęście, jakby wreszcie znalazł to, czego od tak dawna szukał. Teraz, siedząc naprzeciwko niego, przypomniałam sobie, dlaczego te kilka lat temu się w nim zauroczyłam.
Zaczęłam czytać, czując, że mimo wszystko jeszcze będzie dobrze. Nie było.

Wszyscy ruszyli w ostatnią podróż Sophie. Po piętnastu minutach płaczu wreszcie pozwoliłam zamknąć trumnę, ale miałam wrażenie, że gdy ostatni raz spojrzałam na moje dziecko — umarłam. Pozostała mi tylko rozpacz i wszechogarniająca pusta.
Szłam jako pierwsza, podtrzymywana przez Ginny. Na miejsce dotarliśmy zbyt szybko; nie zdążyłam oswoić się z myślą, że to koniec drogi, koniec drogi Sophie. Przed głośnym płaczem broniły mnie tylko leki uspakajające, które wzięłam przed pogrzebem. Otumaniona, ledwo idąca — tak żegnałam swoją córkę. W rękach ciągle trzymałam misia Sophie: Rudolfa. Miała go ze sobą praktycznie od urodzenia i nigdy się z nim nie rozstawała. Był jej przyjacielem, dawał szczęście, mimo że nic szczególnego nie robił. Niejednokrotnie widziałam, jak Sophie coś mu tłumaczyła, albo obrażona na mnie mówiła co zrobiłam nie tak, jak ona chciała. Rzecz, która przypominała mi moją córkę najbardziej, nie mogła zostać ze mną. Zrobiłam to, co podyktowało mi serce — podeszłam do trumny i położyłam na niej, wśród pięknych, białych kwiatów, misia. Mimowolnie spojrzałam do góry, w niebo, przeklinając w myślach słońce. Chciałam, żeby padał deszcz, żeby niebo płakało razem ze mną. Żeby cierpiało tak samo, jak cierpiałam ja.
Ludzie powoli się rozchodzili, aż w końcu zostałam tylko ja i Oliver, a gdzieś za nami Harry z Ronem i Ginny. Co z tego, że każdy był i płakał, skoro teraz wszyscy wracali do swoich spraw i najprawdopodobniej szybko o tym zapominali? Irytowała mnie obojętność ludzi i zwrócenie ich uwagi tylko na krótką chwilę. Tego dnia usłyszałam wiele kondolencji, ale ile z nich było powiedziane z czystej uprzejmości, wymuszone, a ile szczerych — tego nie wiedziałam. Opuściłam wzrok na dłonie, gdy po raz kolejny w moich oczach zgromadziły się łzy… a wydawało mi się, że już mi ich zabrakło. Teraz, gdy minęła pierwsza faza rozpaczy po śmierci Sophie, złożona ze zwykłego niedowierzania, nadszedł czas na fazę tęsknoty i żalu. Czas wspominania i obwiniania się, że nie zrobiło się więcej, niż można było.
— Hermiono… — Usłyszałam głos taty, mojego taty. Uśmiechnęłam się ironicznie, odwracając się powoli w jego stronę. — Bardzo mi przykro z powodu Sophie i…
— Proszę, nie chcę tego słuchać. Daj mi spokój — powiedziałam, kiwając głową na boki. — Pozwól mi przeżyć żałobę bez wracania do przeszłości. Zostaw mnie w spokoju i nie udawaj, że cię to obchodzi. Teraz chcę być tylko sama.
— Nie chciałem być natarczywy, więc…
— Po prostu odejdź.
Przez chwilę stał jeszcze w miejscu, zanim odwrócił się i ruszył chodnikiem w stronę bramy. A ja usiadłam tylko na ławce i zostałam tam do momentu, w którym Harry siłą zaciągnął mnie do taksówki, kiedy byłam już zbyt zmarznięta, by móc tam dłużej być.
W dniu pogrzebu Sophie umarło we mnie wszystko — szczęście, nadzieja, wiara. Jedyna osoba, która mogła mnie wesprzeć w tym dniu, zawiodła, zaszywając się w swoim smutku. W tej chwili coś sobie uświadomiłam; że nie mogę być szczęśliwa bez mojego dziecka. Sophie była moją jasnością w panującej na świecie ciemności, a gdy odeszła, wszystko się zmieniło.
Już nic nie miało znaczenia.

28 mar 2017

Rozdział 27

Podobno pierwsza doba po operacji jest kluczowa, decydująca o dalszych latach życia. Podobno jej wynik ma wpływ na przyszłość, na to, jak będzie wyglądać. Podobno. Pierwszą noc spędziłam więc pod salą, kiedy nie mogłam już dłużej zostać w środku. Nie oczekiwałam wiele, o nic nie prosiłam — po prostu starałam się być cierpliwa. Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną, ale wreszcie zrozumiałam, że nic nie zyskam stresowaniem się i denerwowaniem. Tylko niepotrzebnie martwiłam bliskie mi osoby. Chciałam zminimalizować cierpienie, bo to wydawało mi się najrozsądniejszą opcją.
Noc minęła na rozmyślaniu i ciszy. Chciałam pobyć trochę sama ze sobą, przemyśleć kilka kwestii, zanim dzień wstanie na dobre. Wysłałam Harry’ego do hotelu, a Malfoya do mieszkania. Oboje opierali się, twierdząc, że nie mogę być teraz sama — w czym mieli trochę racji — ale ostatecznie odeszli. Zostałam tylko ja i piękna, niczym niezmącona, cisza. W każdym istnieniu przychodzi taki moment, w którym czujesz spokój, mimo wcześniejszego przerażenia, obawy o kolejne godziny. Noc po operacji Sophie była dla mnie nocą spokoju. Na pustym korytarzu czułam się bezpiecznie, po raz pierwszy od dawna. Zawsze potrzebowałam obecności drugiej osoby, szczególnie w ostatnim czasie, a tym razem… pragnęłam dać sobie radę sama.
Gdy wstało słońce, wychylając się w końcu zza horyzontu, mogłam wejść na chwilę do Sophie. Wraz z rankiem obudziła się we mnie nadzieja na lepszy dzień, chociaż nie mogłam niczego sobie zagwarantować. Jedyne czego nauczyła mnie choroba mojego dziecka, to nieprzewidywalności. Niepewność była jej mocną stroną, bo w każdej chwili mogło stać się coś zupełnie niespodziewanego. Na początku leczenia zostałam ostrzeżona, że wszystko może zmienić się diametralnie w jednej chwili i chociaż te momenty były już za mną, wciąż się ich obawiałam. Do takich sytuacji nie można było się przyzwyczaić. Nie potrafiłam znieść patrzenia na cierpienie Sophie. Czułam zbyt wiele bólu, wyobrażając sobie, ile nosi go ona w sobie. Białaczka limfoblastyczna była cichym zabójcą, ukrywającym się za pięknym uśmiechem dziecka. Siała spustoszenie wewnątrz organizmu, nie dając nawet tego dostrzec. Jak zauważyć chorobę, która skrywa się w miłości dziecka do matki? W każdym śmiechu, w przytuleniu... A tak naprawdę zabija, nie dając szansy na pożegnanie. Przez prawie rok pobytu w Denver zbyt wiele razy miałam do czynienia z takimi przypadkami. W trakcie tej jednej nocy uświadomiłam sobie, że byłam w stanie zrobić wszystko, byleby Sophie w końcu wyzdrowiała. Gotowa zawrzeć pakt z diabłem, gotowa poruszyć niebo i ziemię, gotowa zabić siebie, by dziecko mogło żyć. W czasie tych pięciu lat poznałam piękną definicję miłości i byłam pewna, że już nigdy nie przyjdzie mi spotkać się z czymś piękniejszym. Patrzyłam na Sophie i widziałam w jej oczach czystą, nieskalaną miłość.

— A co to jest? — zapytałam, wskazując na rysowaną przez Sophie laurkę.
Siedziałam na łóżku obok dziewczynki, opierając się o ścianę. Od operacji minęły trzy doby, a ona zaczynała wracać do siebie. Trochę więcej się uśmiechała, w jej oczach już rzadziej można było dostrzec strach i przerażenie. Po przeszczepie potrzeba było dużo czasu na dojście do siebie, ale najważniejsze było dla mnie to, że Sophie znowu stawała się sobą. Ostatnie godziny upłynęły na oglądaniu i czytaniu bajek. Dzięki silniejszym lekom ból towarzyszył już coraz rzadziej, co równało się z tym, że miała lepszy humor. Wszystko było dobrze, wizja pięknej przyszłości już majaczyła w moim umyśle, chociaż nie chciałam wybiegać tak do przodu. Byłam jednak zbyt bardzo podekscytowana dochodzeniem do zdrowia Sophie, byłam zaczarowana miłością najbliższych… Nie mogło być przecież lepiej. Tyle czasu dążyłam do szczęścia, nie zauważając, że mam je tuż przed sobą. Wreszcie to zrozumiałam.
— To jest Rudolf i ja, a tu siedzisz ty i tata. O, a tu jest słonko — mówiła, pokazując mi wszystko palcem.
— A czemu te chmury są takie ciemne?
— Bo będzie padał deszcz, no mamo, nie wiesz? — zapytała, kręcąc głową z niedowierzaniem. Zaśmiałam się głośniej, szeroko się uśmiechając. Widząc moją radość Sophie również zachichotała.
— Czas trochę się zdrzemnąć, Sophie — powiedziałam w końcu, wstając z łóżka i nachylając się nad dziewczynką.
Przykryłam ją szczelniej kołdrą, zdzwiona brakiem oporu z jej strony. Pokiwała tylko głową, przekręcając się na drugi bok. Usiadłam na krześle, opierając się wygdoniej. Nie miałam zamiaru teraz nigdzie wychodzić, chociaż serce podpowiadało, żebym odwiedziła Olivera. Kilka razy przechodziłam obok sali, w której leżał, ale nigdy nie miałam na tyle odwagi, by wejść do środka. Mimo wszystko wiedziałam, co powinnam zrobić. Ryzykował dla mojej… naszej Sophie swoje życie. Przeszczep nie należał do najprostszych operacji, a powikłania po nim niosły za sobą ogromne konsekwencje. Poświęcił swoją piękną przyszłość dla Sophie. Kiedy powiadomiłam go o ciąży, chciał, żebym zniknęła, by mógł kontynuować swoją kwitnącą karierę zawodnika w Quidditchu. Wydawało mi się, że teraz chciał odpokutować tą decyzję. Ta jedna operacja przekreśliła jego marzenia — a przecież marzenia były czymś, co nadawały życiu sens… Teraz musiał obrać sobie nowy cel i dążyć do jego realizacji. Pozostawała mi tylko nadzieja, że nigdy nie będzie żałował swojego postanowienia. Nie chciałam, żeby jedyne co widział w Sophie, to utracone szanse.
Wychodząc z sali, minęłam pielęgniarkę, która miała pobrać Sophie krew do badań. Obie stwierdziłyśmy, że bez sensu jest budzenie jej i przyjdzie za kilka godzin. Po operacji dziewczynka była wyjątkowo zmęczona, spała większość dnia, przesypiała noce, budząc się tylko, gdy ból się zwiększał. Byłam przy niej o każdej porze, ciągle czuwając, głaszcząc po głowie, szeptając uspakajające słowa. Nie mogąc zasnąć, wpatrywałam się w jej buzię, małe rączki, zastanawiając się, kiedy wszystko zacznie być po prostu w porządku. Męczyło mnie patrzenie na jej cierpienie.
Sala Olivera znajdowała się piętro niżej. Mimo że szpital ten był przeznaczony w większości dla dzieci, znajdował się też oddział pooperacyjny dla dorosłych. W przypadku przeszczepów, gdy jeden z rodziców był dawcą, nadal mógł być niedaleko swojej pociechy i nie musieć się martwić, co w tym czasie się z nią dzieje. Zanim weszłam do środka, zapukałam w drzwi. Mimo braku odzewu po drugiej stronie, nacisnęłam klamkę. Wejście ustąpiło i od razu dostrzegłam Olivera, który rozmawiał z kimś cicho przez telefon. Stał przy oknie, oparty o ścianę. Odwrócił się, gdy usłyszał, że ktoś pojawił się w środku. Skinął w moją stronę głową i szybko zakończył rozmowę.
— Czekałem na ciebie — powiedział niespodziewanie, łapiąc się za bok i krzywiąc z bólu. Mimowolnie szybko podeszłam do niego, obejmując go lekko w pasie i pomagając dotrzeć do łóżka. Usiadł, od razu się opierając. Rana widocznie nadal go bolała, co w sumie nie było dziwne patrząc na to, że minęły dopiero trzy dni od operacji.
— I po co wstawałeś? Iść po pielęgniarkę? Jeszcze tylko brakuje, żebyś rozerwał szwy — odparłam, patrząc na niego z niepokojem.
— Wszystko w porządku. Żałuję, że nie ma tutaj, jak w Mungu, maści, która przyspieszyłaby gojenie. — Zagryzł wargę, delikatnie się prostując. — Z Sophie wszystko w porządku? Miałem do niej pójść, ale pielęgniarka powiedziała, żebym jeszcze chociaż dzisiaj sobie darował.
— Tak, wszystko okej, już ogląda bajki, więc wszystko wraca do normy.
Zaśmiałam się nerwowo, chcąc tak jakby sama się do tego przekonać. Usiadłam na skraju łóżka, unikając wzroku Olivera. Prawda była inna: mimo wszystko byłam okropnie zmartwiona i nie mogłam nic na to poradzić. Byłam świadoma tego, że zanim Sophie dojdzie do siebie po operacji, minie dużo czasu, ale jej stan nie był tym, czego oczekiwałam. Ciągle słyszałam „musimy czekać”, ale minione siedemdziesiąt dwie godziny powinny przynieść lepsze efekty. Sophie nie miała na tyle sił, by wstać z łóżka, a siadała tylko z moją pomocą. Coś było nie tak, jak powinno być — dobrze to czułam. Uznałam to przeczucie jednak za przewrażliwienie, bo przecież nic nie miało prawa się teraz zepsuć.
— Cieszę się, nawet nie wiesz, jak bardzo — powiedział.
— A ty jak się czujesz? Oprócz tego, że już zrywasz się z łóżka i spacerujesz, chociaż powinieneś leżeć i się nie ruszać.
— Naprawdę dobrze. Minie pewnie trochę czasu, zanim dojdę w pełni do siebie, ale wszystko jest na dobrej drodze.
Między nami panowała cisza, chociaż nie była ona już tak bardzo krępująca. W tej ciszy czułam się bezpiecznie i odnajdywałam w niej… spokój. Każde z nas było pochłonięte swoimi myślami i nie czuliśmy potrzeby dzielenia się nimi. Nasza relacja nie należała do normalnych — łączyła nas tylko i wyłącznie jedna chwila zapomnienia z przeszłości. Jedna chwila, która mimo wszystko połączyła nas w jakiś sposób w teraźniejszości. Już zawsze mieliśmy być w ten pokręcony sposób sobie bliscy. Z czasem przestałam widzieć w tym coś dziwnego. Spotkania stały się czymś naturalnym. Sophie była spoiwem, które nas połączyło niezależnie od tego, czy tego chcieliśmy czy nie. Oboje się z tym pogodziliśmy.
— Dobrze się składa, że przyszłaś, bo… za kilka godzin pojawią się moi rodzice — zaczął, wpatrując się we mnie. Odwróciłam od niego wzrok, wstając z łóżka i podchodząc do okna. Patrzył intensywnie, jakby czekał na moją aprobatę, chociaż sam już podjął decyzję.
— Czekałam, kiedy zdecydujesz się mi o tym powiedzieć — odparłam cicho.
Obserwowałam drzewa, wprawione w delikatne kołysanie podmuchami wiatru. W oddali było widać wysokie budynki, wieżowce. Jeszcze niedawno sama pracowałam w podobnym… Przeszłość wciąż mnie nawiedzała, a o przyszłości nie chciałam myśleć, bo po prostu się jej bałam. Mimo wszystko mając dziecko, trzeba w jakiś sposób planować kolejne dni. Nie mogłam narazić Sophie swoją głupotą, brakiem odpowiedzialności, szczególnie teraz, gdy była tak bardzo osłabiona i podatna na wszystkie wirusy. Kiedy Sophie spała, szukałam pracy. Dzwoniłam, usiłowałam dowiedzieć się czegoś, nie musząc wychodzić poza mury szpitala. Prawda była taka, że żeby dostać pracę, musiałam iść na rozmowę kwalifikacyjną, a w tym momencie nie mogłam sobie na to pozwolić. Sophie była najważniejsza i musiałam być przy niej w każdej chwili.
— Nie chciałem dłużej tego ukrywać. Moi rodzice… Bardzo im zależało, już kiedy się dowiedzieli, że mają wnuczkę, by jak najszybciej ją poznać. Chyba tak jak ja nie chcieli zmarnować więcej czasu, niż już to zrobili, tylko i wyłącznie z mojej winy — wyznał cicho.
— Odpocznij — szepnęłam, odwracając się od okna i pochodząc do drzwi. — Będę czekać.

Okazało się, że wcale nie musiałam czekać tak długo, bo już pod wieczór, kiedy właściwie kończyły się godziny odwiedzin, do szpitala przybyła dwójka ludzi w podeszłym wieku. Pojawili się na oddziale, najpierw szukając Olivera i chcąc się dowiedzieć, jak czuje się po zabiegu. Dla nich — czarodziejów — taka operacja była zupełną abstrakcją i nie potrafili zrozumieć jej przebiegu. Z mijanymi minutami, w ciągu których Oliver wszystko im tłumaczył, na ich twarzach pojawiało się coraz więcej zrozumienia. Kiwali twierdząco głową, analizując w myślach słowa i tylko co jakiś czas zadając pytania. W końcu Wood wyprowadził ich ze swojej sali, idąc w kierunku tej, w której przebywała Sophie. Sama rozmawiałam z nimi zaledwie przez chwilę; byłam jednak w takim amoku, że niewiele z tej konwersacji zapamiętałam. „Będziemy rodziną” — powiedziała do mnie podekscytowana mama Olivera, a ja zastanawiałam się, czy to już ten czas, w którym mogę uciec. Przez pięć lat miałam Sophie tylko dla siebie, a w przeciągu miesiąca do naszego życia wróciło tyle ludzi… Zmiany były dobre, ale tak intensywne odciskały ogromne piętno na życiu nie tylko moim, ale też mojej córki. Myśl o tym, ile przegapili, okropnie raniła. Świadomość, że sama do tego cierpienia się przyczyniłam, była jednak dwa razy boleśniejsza.
Siedziałam przy sali Sophie, czekając aż państwo Wood wyjdą. Byłam w środku tylko przez chwilę, nie chcąc rzucać Sophie od razu na głęboką wodę — mimo wszystko byli to dla niej obcy ludzie, a sama obecność Olivera mogła nie być wystarczająca. Moje obawy okazały się jednak niepotrzebne, bo już po chwili dziewczynka opowiadała z przejęciem o swojej ulubionej bajce. Czuła się bezpiecznie widząc już nie tylko mnie, jako mamę, ale też Olivera. Miała dwójkę rodziców, którzy kochali ją najmocniej na świecie, a czy dla dziecka może być coś piękniejszego, niż taka miłość? Wyszłam z sali dopiero wtedy, gdy w moich oczach pojawiły się łzy wzruszenia. Wcześniej nawet nie wyobrażałam sobie, że ta chwila będzie dla mnie tak ważna. Widząc pana Roberta i Hannę Woodów, przed moimi oczyma pojawiał się obraz moich rodziców. Kilka lat temu straciłam ich bezpowrotnie, usuwając pamięć o mnie, nadając im nową tożsamość. Pozbawiłam ich swojego zaufania do siebie i widziałam w tym tylko swoją winę. Teraz, dostrzegając jak wiele zaprzepaściłam, nie potrafiłam ukryć łez. Zmarnowane szanse zawsze bolą, szczególnie wtedy, gdy człowiek dostrzega, jak wiele stracił.

Wojna była czasem wylanych łez, przepłakanych nocy. Czasem, w którym złe myśli dwa razy częściej nawiedzały głowę, a serce kołatało w piersi jeszcze niespokojniej. Wszystkim wydarzeniom — choćby wyjściu na spacer — towarzyszył ciągły strach. Niebezpieczeństwo mogło tak naprawdę czaić się na każdym kroku. W każdym obudziło się przewrażliwienie, więc wszystkie podejmowane decyzje były przed realizacją dokładnie analizowane. Z biegiem tygodni stawało się to coraz bardziej męczące, bo nawet ukrywający się w krzakach kot potrafił przyprawić o zatrzymanie serca. Wszyscy chcieli tylko, żeby to się skończyło. Żyliśmy z dnia na dzień, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nikt nie myślał, co będzie kolejnego wieczora, bo nie wiedzieliśmy, czy oby na pewno go dożyjemy. Najgorsza była właśnie ta niepewność.
Rok 1997 był rokiem strat.
Włożyłam ostanie dwie książki do torby i usiadłam na łóżku, rozglądając się wokół siebie. Chciałam zapamiętać jak najwięcej szczegółów z tego miejsca, bo nie byłam pewna, czy jeszcze kiedykolwiek tu wrócę. Wymazanie rodzicom pamięci było najcięższą decyzją, z jaką przyszło mi się zmierzyć. Strach o ich bezpieczeństwo był paraliżujący. Nie mogłam ryzykować kosztem ich życia, dlatego postanowiłam to zrobić. Usunąć się z życia najważniejszych osób, nadając im nową tożsamość. Tylko tak byłam w stanie zapewnić im bezpieczeństwo — nie było innej możliwej drogi.
Założyłam kurtkę i wyszłam z pokoju, nie odwracając się za siebie. Im dłużej zwlekałam, tym trudniej było mi zrobić kolejne kroki, a nie chciałam zmieniać decyzji. Zeszłam po schodach na dół, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że idę wolniej i przyglądam się każdej ścianie, obrazom. Pragnęłam dla rodziców po prostu… dobrego życia. Nie mogłam im tego zapewnić, dopóki mieli mnie, przyjaciółkę Harry’ego Pottera, jako córkę.
Kiedy weszłam do salonu, rodzice siedzieli na kanapie, pijąc herbatę. Tata opowiadał mamie jakieś zabawne historie, bo słyszałam już wcześniej jej dźwięczny śmiech. Było to dla mnie coś niezrozumiałego — być ze sobą tyle lat, a mimo wszystko wciąż, każdego dnia, zakochiwać się w sobie od nowa. Patrząc na nich, tak szczęśliwych, wiedziałam, że razem zawsze dadzą sobie radę, choćby wszystko miało się zmienić. Nie potrzebowali mnie, bo w tej chwili byłam dla nich tylko zbędnym balastem, który tylko wciąż ich obciążał. Musieli ruszyć naprzód beze mnie.
Podniosłam różdżkę do góry, kierując ją w ich stronę. Moje dłonie drżały, a w oczach mimowolnie zgromadziły się łzy.
— Obliviate — szepnęłam, a z końca różdżki wydobył się strumień niebieskiego światła.
To, co działo się w kolejnych chwilach, pamiętam jak przez mgłę. Chciałam wydostać się z domu, uciec byle dalej, byle szybciej. Wychodząc z mieszkania widziałam, jak z każdą sekundą ze zdjęć, powieszonych na ścianie, znikam. Zostały tylko puste tła i dobre wspomnienia, których już nigdy miałam się nie pozbyć. Dobre chwile wciąż prześladowały mnie w snach, jakby pokazując, jak wiele straciłam. Budziłam się, zachłystując się bolesną rzeczywistością i faktem, że nie ma przy mnie najważniejszych osób mojego życia — tylko i wyłącznie z mojej winy. Sama zadawałam sobie ból.
Wymazanie mnie z życia rodziców, wcześniejsza śmierć Albusa Dumbledore’a, utrata Moody’ego: to jedne z niewielu wydarzeń, które przyczyniły się do ukształtowania mojej przyszłości. Każda śmierć, nawet osób nieszczególnie bliskich, miała wpływ na życie. Wspomnienia boleśnie raniły, uświadamiając, że jestem ich niewolnikiem. Więziły mnie w przeszłości, nie dając szans na istnienie bez nich. I nie mogłam nic zrobić, żeby się od tego uwolnić.

Nie wiem ile siedziałam przed salą, gdy poczułam dotyk na swojej dłonie. Ocknęłam się, podnosząc wzrok do góry i zauważając Malfoya. W ostatnich dniach spędziliśmy razem niewiele czasu, bo on miał dużo pracy, a ja chciałam jak najwięcej czasu poświęcić Sophie. Nieświadomie oddaliliśmy się od siebie, podczas gdy kilka miesięcy temu te wydarzenia nas zbliżały.
— Powinnaś jechać do domu chociaż na chwilę, żeby się przespać. Tutaj nie masz do tego warunków — powiedział, siadając obok mnie i splatając nasze dłonie razem. Był ubrany w kitel lekarski, więc widocznie miał teraz chwilę przerwy. Nachylił się nade mną, całując mnie lekko w czoło. Kąciki jego ust uniosły się do góry, rozpraszając smutek, który zaczął we mnie kiełkować.
Draco miał swoje tajemnice. Skrywał je pod chłodnym uśmiechem w gorszy dzień, idealnie się maskując. Wciąż nękała go przeszłość, chociaż wydawało mi się, że zaczęliśmy oboje się z nią godzić. Prawda była jedna — od wspomnień nie mogliśmy uciec, niezależnie od tego, jak bardzo tego chcieliśmy i się staraliśmy. Przeszłość podążała za nami jak cień, nie dając szansy na odejście.
— Nie, zostanę z Sophie…
— Nie, pojedziesz do domu, a ja zostanę z nią na noc — przerwał, puszczając moją dłoń. Potarł zesztywniały kark, ruszając głową raz w jedną, raz w drugą stronę.
— Rozumiem, że już podjąłeś decyzję i nic do niej nie mam?
— Właściwie to tak. — Pokiwał twierdząco głową, wpatrując się przed siebie. — Słyszałem, że przyjechali…
— Tak, przyjechali rodzice Olivera, a dziadkowie Sophie. Są w środku.
— Wszystko w porządku? — zapytał po chwili przerwy. Czułam na sobie jego intensywny wzrok, zupełnie jakby sam chciał odczytać moje myśli.
— Nie wiem — odparłam szczerze, lekko pochylając się do przodu. — Chyba nie.
Z moich oczu pierwszy raz od czterech dni popłynęły łzy.

Tydzień później pojawiła się pierwsza infekcja, a wraz z nią mój świat zaczął się powoli rozpadać.
Siedziałam przy łóżku Sophie, trzymając ją za małą rączkę. Przed chwilą z sali wyszedł Malfoy — podał dziewczynce silniejsze antybiotyki na pozbycie się temperatury. Stan jej zdrowia nagle się pogorszył, bo miała gorączkę, co nie powinno mieć miejsca. Po zachowaniu Draco widziałam, że czegoś się obawia, chociaż nie chciał podzielić się ze mną tymi obawami. Sophie spokojnie spała, w przeciągu ostatnich trzech dni właśnie tak wyglądały jej dni i noce. W życiu każdej matki przychodzą takie momenty, w których po prostu czuje się, że coś jest nie tak. Ta chwila nadeszła jedenaście dni po przeszczepie, gdy siedziałam przy moim dziecku i widziałam, po prostu widziałam, iż dzieje się coś niedobrego. Odcień jej skóry przybrał jeszcze bledszy odcień. Leżała, przykryta białą pościelą, a przy jej boku leżał Rudolf, którego tym razem nie przytulała jak zawsze. Była podłączona do maszyny kontrolującej życie i zdałam sobie sprawę z jednego: już widziałam ten widok. Jasna pościel, kroplówki… obraz z koszmaru wciąż majaczył mi przed oczami i nigdy nie był tak wyraźny, jak w tej chwili. 
Czułam strach, jakiego jeszcze nigdy nie przyszło mi doświadczyć. Pogorszenie się stanu zdrowia Sophie wynikło niespodziewanie. Wszyscy byli w szoku, bo wyniki jej badań po operacji były o wiele lepsze, niż na początku przypuszczano. Zaczęto więc całą procedurę przeprowadzać od nowa z obawą, że może coś ominęli, coś im umknęło niezauważalne. Westchnęłam, czując w oczach zbierające się łzy. Siedziałam spokojnie, chociaż wewnątrz mnie toczyła się prawdziwa walka — walka strachu, wściekłości, przerażenia. Przegryzłam wargę, nie chcąc się rozklejać. Wszystko musiało się ułożyć, miało być w końcu dobrze…
Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi; gwałtownie odwróciłam się, patrząc kim jest osoba, która weszła do środka. Sophie została przeniesiona na inny oddział, od kiedy stan jej zdrowia się pogorszył, więc do sali mogła wchodzić tylko najbliższa rodzina i lekarze. Zauważyłam Olivera, stojącego w drzwiach. Miał na sobie specjalne odzienie, które było wymagane na tym piętrze. Sterylność, biel: tylko to zapamiętałam z minionych kilkunastu godzin. Spojrzałam na Sophie i wstałam z krzesła, widząc, że Oliver wahał się z wejściem do środka. Usiedliśmy na korytarzu. Musiałam iść do łazienki, ale to mogło jeszcze chwilę poczekać.
Siedzieliśmy w ciszy, jakby żadne słowa nie mogły przejść przez nasze gardła. Wokół ludzie chodzili, normalnie rozmawiali się uśmiechali, a my trwaliśmy w swoim smutku, chociaż powinniśmy walczyć. Zupełnie jakbyśmy poddali się już na samym początku, nawet nie przekraczając linii startu. Coś było nie tak i oboje bardzo dobrze zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Choroba znowu zaatakowała, ale tym razem o wiele silniej, dając małe szanse na zwycięstwo. Zaatakowała w chwili, gdy moja Sophie była zbyt słaba, bezbronna, by obronić się sama. Miały zrobić to za nią antybiotyki, leki…
Stracone nadzieje zabierają oddech, zatrzymują serce. Brak wiary był najgorszym, co mogło się w tej chwili nam przytrafić.
— Jak z nią? — zapytał, gdy cisza zdawała się ciągnąć w nieskończoność.
— Niezmiennie — odparłam.

Kolejne sceny są dla mnie niewyraźne, pamiętam je tylko tak, jakbym była obserwatorem, a sama nie brała w nich czynnego udziału. W nocy siedziałam przy łóżku Sophie i modliłam się do każdego boga, jaki tylko istniał, o… sama w sumie nie wiem o co. O lepszy dzień, nagły cud?
 Nagle, kiedy już zaczęłam zasypiać na krześle, zaczęło dziać się coś złego. W jednej sekundzie do sali wbiegła jedna z pielęgniarek, mająca tej nocy dyżur, a za nią znajomy lekarz. Rozmawiali ze sobą podniesionym głosem, robiąc coś z Sophie, a mnie odsuwając na bok. Ogarnęło mnie przerażenie, czułam, że zaczyna kręcić mi się w głowie — upadłabym, gdybym nie poczuła rąk, obejmujących mnie i wyprowadzających z sali. W moim gardle utworzyła się gula, nie widziałam gdzie idę, bo cały obraz zamazały mi łzy, które wciąż spływały po moich policzkach. Zobaczyłam Draco i tylko dzięki niemu usiadłam na krześle: mówił coś do mnie, jakby chciał uspokoić, a przecież coś złego działo się z moim dzieckiem, więc jak mógłby ogarnąć mnie spokój? Patrzył z troską, aż w końcu wstał i odszedł, wchodząc szybko do pokoju Sophie. Czułam wszechogarniającą pustkę. Wpatrywałam się w drżące dłonie, przegryzając wargę do krwi. Tylko to pozwalało mi chociaż na chwilę odejść od myślenia, co dzieje się za drzwiami sali.
W końcu po czasie, który wydawał się być dla mnie wiecznością, wyszła pielęgniarka, a za nią Draco. Trzeci lekarz został w środku i nie chciałam znać powodu, dla którego on również nie pojawił się na korytarzu. Natychmiast wstałam z miejsca; chciałam coś powiedzieć, ale widząc wyraz twarzy Malfoya, głos zamarł w moim gardle. Bezsilność — to widziałam w jego oczach. Wiedziałam, że do końca życia będzie prześladował mnie wzrok jego smutnych, zmęczonych oczu, za którymi kryło się prawdziwe dobro.
— Co się stało? — zapytałam zachrypniętym od płaczu głosem. Chciałam, żeby był przy mnie Harry. Samotność w tej chwili była niczym więcej, jak tylko strzałem w głowę, który od razu zabijał. Draco nie odpowiedział. Usiadł na krześle, choć ja stałam. Patrzyłam na niego niezrozumiałym wzrokiem, chcąc, by wreszcie coś z siebie wydusił. Cokolwiek, co dałoby mi siłę i, co najważniejsze, nadzieję.
— Podczas operacji Sophie miała krwotok, ale zatamowano go, więc nie było czym się przejmować. Dopiero teraz, dwa tygodnie po zabiegu, okazało się, że wdała się poważna infekcja, która… — mówił, nie patrząc na mnie. Po drugim zdaniu przestałam słuchać, bo wiedziałam, co będzie mi dane usłyszeć. Pragnęłam, żeby to, co działo się w tej chwili, okazało się pieprzonym snem, koszmarem, z którego mogę po chwili się obudzić. Nic takiego jednak się wydarzyło, bo życie wciąż toczyło się wokół nas, chociaż we mnie wszystko umarło. Oparłam się o ścianę, czując, że tracę grunt pod nogami.
Cztery dni później serce Sophie przestało bić.

2 mar 2017

Rozdział 26

Całe osiedle było spowite mrokiem. Ciemne chmury kłębiły się na niebie, przysłaniając gwiazdy i księżyc. Ta noc zapowiadała się na długą i wyjątkowo ciężką — operacja Sophie dopiero miała się zacząć, a mimo to mnie tam nie było. Uciekłem, bo tak było prościej. Miałem tendencję do nagłego znikania, kiedy życie zaczynało się pieprzyć i tym razem też tak było. Trudno było przestawić się i zacząć myśleć inaczej.
Oparłem głowę o kierownicę, chcąc spędzić w samochodzie jeszcze trochę czasu. Potrzebowałem pomyśleć, w ciszy i spokoju, dobrze wiedząc, że w mieszkaniu jest Megan i od razu na mnie naskoczy, chcąc się wszystkiego dowiedzieć. Po raz pierwszy w życiu naprawdę mi na kimś zależało… i sam nie wiedziałem, kiedy dokładnie się to zaczęło. Byłem pewny jedno: że nie chcę rezygnować, że chcę być szczęśliwy i to szczęście dawać. Zaśmiałem się głośniej, gdy uświadomiłem sobie ironię tej całej sytuacji — byłem śmiertelnie zakochany w Hermionie Granger. Kiedyś uważałem ją za niegodną choćby rozmowy ze mną, a teraz… teraz nie potrafiłem wyobrazić sobie dnia bez dotknięcia jej dłoni, krótkiej rozmowy czy ukradkowego spojrzenia. Była moim lekiem, moją opoką i moim światem. Uzależniłem się od jej obecności, nie potrafiąc inaczej funkcjonować. Dzięki niej odkryłem coś ważnego: że miłość przychodzi nawet do takich ludzi jak ja. A teraz, gdy potrzebowała mnie jak nigdy, stchórzyłem. Westchnąłem i wysiadłem w końcu z samochodu. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, więc postanowiłem wrócić do mieszkania. Idealny pomysł.
Zamknąłem drzwi samochodu i ruszyłem w kierunku bloku. Wokół było cicho i spokojnie, co było dziwne patrząc na to, że niedawno zapadł wieczór. Wszyscy zaszyli się w swoich mieszkaniach, jakby przeczuwając nadchodzącą złą pogodę. Nawet pogoda potrafiła dostosować się do sytuacji.
Wyjąłem z kieszeni płaszcza klucze do mieszkania. Na klatce schodowej minąłem pijanego sąsiada z parteru, siedzącego na schodach. Mruknął coś w moją stronę, ale zignorowałem go, wchodząc na górę. Włożyłem klucz do zamka, przekręcając go. Wszedłem do środka i od razu poczułem zapach spaghetti. Uśmiechnąłem się i zdjąłem płaszcz, zostawiając go na wieszaku. Nie zdążyłem postawić pierwszego kroku, gdy w drzwiach pokoju stanęła Timber, patrząc się na mnie z wyczekiwaniem. Przekrzywiła łeb raz na jedną, raz na drugą stronę, jakby zastanawiała się, co ma zrobić. W końcu ruszyła na mnie — i naprawdę miałem wrażenie, że biegnie w zwolnionym tempie. Skoczyła na mnie, a ja zaśmiałem się głośno, gdy zaczęła szczekać z radości. Od kiedy pojawiła się Granger, coraz mniej czasu poświęcałem Timber, a przecież to ona była ze mną w najgorszych chwilach mojego życia. Zapomniałem o najlepszym przyjacielu na rzecz kogoś innego.
— Co ty tu robisz, Draco? — Usłyszałem głos Megan. Automatycznie odwróciłem się w stronę, z której dochodził dźwięk; kobieta stała w progu kuchni, trzymając w rękach ścierkę kuchenną. Patrzyła na mnie niepewnie, mrużąc lekko oczy. Megan mieszkała ze mną od czasu, gdy w Denver pojawił się jej były mąż. Nie czuła się bezpiecznie w swoim starym mieszkaniu, więc nawet się nie zastanawiałem — od razu zaproponowałem jej, żeby przeprowadziła się do mnie. Tak było dla niej najlepiej.
— Naprawdę miłe powitanie, Megan — odparłem, zdejmując w końcu buty. — Też się cieszę, że cię widzę.
— Pytam poważnie, Draco — powiedziała, opierając się o ścianę. Zignorowałem ją i przeszedłem obok niej, chcąc wstawić wodę w czajniku. Potrzebowałem kawy, skoro czekała mnie nieprzespana noc. — Ona cię potrzebuje, szczególnie teraz, dobrze o tym wiesz.
— Wiem, do cholery, wiem, daj mi w spokoju chwilę pomyśleć — warknąłem, zamykając głośniej, niż chciałem, szafkę. Oparłem się o blat, czując na sobie wzrok kobiety. Nie potrzebowałem porad, bo dobrze wiedziałem, co robić. Zamierzałem wrócić do szpitala — tam było moje miejsce, przy Granger. Nie wiedziałem czym jest miłość, bo skąd mogłem wiedzieć? W  moim życiu niewiele osób okazywało mi jakiekolwiek uczucia. Ale ja ten jeden jedyny raz chciałem być lepszy, i po prostu być, wspierać, kochać.
— Kiedy się kogoś kocha, nie myśli się o sobie, tylko o tej osobie, więc radzę ci zacząć to robić, bo stracisz ją szybciej, niż ci się wydaje.
— Zdaję sobie z tego sprawę.
— To przestań się zachowywać, jakbyś tego nie wiedział.
— O co ci chodzi, co? Ledwo wszedłem do mieszkania, a ty od razu rzuciłaś się na mnie z pretensjami. Wiem, gdzie jest moje miejsce, nie musisz mnie pouczać. 
— Bo nie mogę patrzyć jak znowu marnujesz sobie życie? Tak trudno to zrozumieć, Draco? Po raz kolejny chcesz odtrącić kogoś, komu na tobie zależy? Widzę, że nie jesteś pewny swoich uczuć. Nie powiedziałeś jej tego, prawda? Że ją kochasz?
— Dosyć, Megan — powiedziałem ciszej, widząc, iż kobieta szykuje się do kolejnego ataku na mnie. Minąłem ją i wszedłem do łazienki, chcąc trochę ochłonąć. Nie pierwszy raz Megan wywoływała o to kłótnię, bo jej zdaniem wszystko było źle, nie tak, jak być powinno. Miałem wyrzuty sumienia, że odreagowuję na niej swoją złość, ale dobrze wiedziałem, że ona też nie jest bez winy. Nie chciała nic mówić, milczała o swoich problemach, tłumiąc wszystko w sobie. Była moją przyjaciółką, więc nie potrafiłem poprzeć jej zachowania. I chociaż irytowała mnie jej hipokryzja… to Megan nadal stanowiła ważną część mojego życia. Przecież w przyjaźni właśnie o to chodziło — o bycie przy sobie wbrew wszystkiemu, akceptowanie wad, przeczekiwanie największych burz. Razem.
Dzięki niej zrozumiałem jakimi prawami rządzi się przyjaźń — że nie tylko się mówi, ale też słucha. Milczy, krzyczy i szepcze. Była dla mnie tak ważna, iż nie potrafiłem — i nie chciałem — wyobrażać sobie bez niej życia. Wprowadziła w nie światło, kiedy sam byłem ciemnością. Pokazała mi to, co w mojej osobie najlepsze, ucząc mnie od nowa samego siebie. Przyjmowała ostre słowa w gorsze dni, znosiła ciszę, by po chwili mówić dwa słowa: będzie dobrze. Na początku mojego pobytu w Denver, gdy miałem jeszcze staż w szpitalu, izolowałem się od ludzi, nie chcąc mieć z nikim bliższego kontaktu. Ograniczałem rozmowy tylko do tych koniecznych, nie wdając się w inne relacje. Nie chciałem ranić kolejnych ludzi, a samotność wydawała mi się najrozsądniejszą opcją, najbezpieczniejszą. Megan jednak była uparta i docierała do mnie, pokazując mi moje najlepsze strony, o których istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia. Jako jedyna była przy mnie, wierząc, że jestem dobrym człowiekiem.
Przemyłem twarz zimną wodą, chcąc uspokoić myśli. Zacisnąłem mocniej dłonie na brzegach umywalki i zacząłem głęboko oddychać. W jednym Megan miała rację — nie potrafiłem ot tak powiedzieć, że kocham. Było to dla mnie trudne nie tylko ze względu na ciężką przeszłość; nienawidziłem rzucać tak słów, jakby nic nie znaczyły. Potrzebowałem czasu, by upewnić się w swoich uczuciach. W swoim życiu zraniłem już wystarczającą liczbę osób i nie chciałem tej liczby zwiększać. Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze i przypomniałem sobie… siebie, zagubionego, kilka lat temu. Z jednej strony wydawało mi się, że to było tak dawno temu, ale z drugiej, pamiętałem każdy szczegół z tamtego okresu. Każda obawa, niepewność o życie swoje i swoich najbliższych, to wszystko wciąż odbijało się echem w moim umyśle.

Szedłem korytarzami Hogwartu, nerwowo oglądając się za sobą. Chociaż wokół nikogo nie dostrzegłem, miałem wrażenie, że ktoś obserwuje każdy mój ruch. Nagle postacie w obrazach patrzyły bardziej podejrzliwie, a cienie, rzucane przez zbroje, wydawały się jeszcze większe i bardziej mroczniejsze. Na zewnątrz była okropna pogoda, co przestało być dla mnie dziwne, zważając uwagę na fakt, że Czarny Pan powrócił. Słońce coraz częściej było przykrywane ciemnymi chmurami, które zwiastowały deszcz. Hogwart jeszcze nigdy tak nie przerażał. I chociaż miałem wrażenie, że odkryłem wszystkie sekrety zamku, on wciąż zaskakiwał mnie od nowa, zupełnie jakbym każdego dnia uczył się go od początku.
Skręciłem w korytarz, prowadzący na szóste piętro. Potrzebowałem chwili samotności, ciszy. Sądziłem, że dam radę wykonać powierzone mi zadanie, ale z każdym mijanym miesiącem było coraz ciężej. Popełniałem podstawowe błędy, gubiąc się, nie potrafiąc odnaleźć już w tym wszystkim sensu.
Miałem zabić. Karą dla mnie za zawód ojca w Departamencie Tajemnic było zabicie kogoś. Inaczej on zabiłby wszystkich, na których w jakimś stopniu mi zależało… Wszedłem do łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi. Odkręciłem wodę i przemyłem nią twarz, chcąc się uspokoić. Musiałem wymyślić nowy plan, taki, który tym razem przyniesie dobry efekt. Zacisnąłem oczy, czując, że pod moimi powiekami gromadzą się łzy. „Bądź silny, bądź silny, bądź silny…”. Ciągle zawodziłem: jak więc miałem sobie poradzić?
Voldemort dobrze wiedział, co robić. Spodziewał się, że nie podołam wyznaczonemu mi zadaniu, ale ja chciałem pokazać, że dam radę i że jestem inny, niż myślał. Początkowe uczucie dumy — w końcu sam Czarny Pan wybrał mnie do tak odpowiedzialnego zadania — teraz przerodziło się w strach. Im szybciej zbliżał się koniec roku szkolnego, tym ogarniała mnie większa panika. Musiałem tylko odważyć się wysłać jedno zaklęcie, dwa głupie słowa… a tak dużą trudność mi to sprawiało. Zacisnąłem dłonie na bokach umywalki, pochylając się nad nią. Zaczęło robić mi się niedobrze; próbowałem uspokoić oddech, ale z każdą sekundą gula w moim gardle rosła i zamiast łagodzić szybko bijące serce, ono wydawało się działać na jeszcze większych obrotach. Wreszcie przyznałem przed samym sobą: byłem przerażony. Wizja utraty mojej jedynej rodziny jeszcze nigdy nie była tak realna, jak w tym momencie. Chwile słabości zdarzały mi się coraz częściej i coraz więcej osób zdawało się to zauważać. Spojrzałem na siebie w odbiciu lustra. Patrzył na mnie niepewny swojego życia chłopak, zgubiony w labiryncie codzienności, porażek i niepokoju. Chłopak, któremu brakowało odwagi, by uratować rodzinę.
Pod oczami swoje stałe miejsce miały już sińce, a rysy twarzy znacznie się wyostrzyły przez to, że nie miałem apetytu. Stawałem się cieniem samego siebie. Nie zorientowałem się w którym momencie z moich oczu popłynęła pierwsza łza… druga… piąta. Ciężar tego obowiązku, spoczywającego na mnie, zaczął przygniatać mnie jeszcze bardziej. Traciłem oddech, miażdżony przez odbijające się echem w mojej głowie słowa Czarnego Pana. Łapczywie łapałem powietrze, naiwnie sądząc, że to coś da. Tylko odwlekałem to, co było nieuchronne.
Z mojego gardła wydarł się szloch, nad którym nie potrafiłem już zapanować. Zacisnąłem dłonie, chcąc opanować ich drżenie. Nagle zrobiło mi się zimniej, na plecach pojawiły się dreszcze. Po raz pierwszy w życiu czułem się tak bezradny. I nie miałem przy sobie nikogo, kto mógłby mi pomóc. A gdy kilka minut później zobaczyłem w odbiciu lustra Pottera, zapłonęła we mnie wściekłość.

Wyszedłem z mieszkania, pozostawiając za sobą tylko ciszę. Już wiedziałem co musiałem zrobić. Jak najszybciej dostałem się do szpitala, wbiegając po schodach. Nie miałem czasu czekać na windę, a drogę do sali, w której była operowana Sophie, znałem na pamięć. Tam też, jak podejrzewałem i właściwie byłem pewny, była Granger. Dobiegłem na trzecie piętro, potrącając po drodze przypadkowych ludzi. W głowie miałem tylko jeden cel, który przysłaniał wszystko inne. Nie zwracałem na nic uwagi i zrozumiałem w tym momencie jedno — że gdy się kocha, ma się w myślach non stop tą jedną osobę. Myśli się, co ta osoba robi w danej chwili, z kim rozmawia, czy wszystko u niej w porządku… Chce się znać jej myśli i najskrytsze marzenia tylko po to, by móc je spełnić. Tyle znaczyła dla mnie w obecnej chwili, chociaż kiedyś nie znaczyła nic.
Skręciłem w boczny korytarz i w końcu znalazłem się w miejscu, w którym powinienem był być już od dawna. Stanąłem w miejscu, czas jakby się zatrzymał, chociaż tak naprawdę wszystko toczyło się swoim normalnym tempem. Ona nie odwróciła się w zwolnionym tempie, ani nie podbiegła z radością, rzucając się w moje objęcia. Nic takiego nie miało miejsca, bo nasze życie nie było pieprzoną komedią romantyczną, tylko… zwykłym życiem, które nie było zbyt kolorowe. Staliśmy przed decyzjami, wyborami, mającymi wpływ na naszą przyszłość. Ona miała córkę, Olivera, a ja nie miałem nic. Myśl o tym, że mógłbym ją stracić, była przerażająca. Poczułem na plecach dreszcze i mimowolnie się wzdrygnąłem. Chociaż byliśmy ze sobą tak krótko, już nie potrafiłem wyobrazić sobie życia bez jej głosu, śmiechu, wzroku. Nie wiedziałem, jak potoczy się życie, ale byłem pewny jedno — że chcę być przy nich, przy Granger i Sophie. W pewnym momencie człowiek zaczyna inaczej myśleć o przyszłości, snuje plany, związane z osobami, na których mu zależy… to właśnie zaczęło dziać się ze mną. A kiedyś myślałem, że to niemożliwe, nie w moim przypadku.
Hermiona stała pod ścianą, czytając z uwagą porozwieszane dyplomy. Podszedłem do niej wolnym krokiem, otaczając ostatecznie swoimi ramionami, kiedy byłem już za nią. I po raz pierwszy od długiego czasu pomyślałem, że jestem ogromnym szczęściarzem.

W czekaniu najgorsze było… właściwie wszystko. Minuta wlokła się za minutą, godzina za godziną… aż w końcu przestałam liczyć, ile czasu Sophie jest już na sali operacyjnej. Chodziłam po korytarzu, próbując zająć czymś myśli, ale ostatecznie przynosiło to zupełnie inny efekt. Czułam na swoich plecach wzrok Malfoya, siedzącego na jednym z krzeseł pod ścianą. Już dwie godziny temu przestał mnie prosić, żebym też usiadła. Byłam pewna, iż liczy który raz z kolei przechodzę cały korytarz. Nie potrafiłam jednak siedzieć w miejscu, bo świadomość, że tak naprawdę nie wiem, co się dzieje za drzwiami sali operacyjnej, była dla mnie przerażająca. Uczucie bezsilności uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą, chociaż nie chciałam się do tego przyznać. Niewiedza zawsze irytowała, szczególnie w Hogwarcie, kiedy nie mogłam znaleźć odpowiedzi na dręczące pytania, ale w tym przypadku było zupełnie inaczej. Nie chodziło o zaspokojenie swoich ambicji… Po prostu pragnęłam wiedzieć, co dokładnie w każdej minucie dzieje się z moją Sophie. Naprawdę oczekiwałam tak wiele?
— Pojdę po herbatę, zaraz wracam.
Usłyszałam za sobą głos Malfoya, a chwilę później poczułam na swojej dłoni jego dotyk. Stał naprzeciwko mnie, choć nie zauważyłam momentu, w którym podszedł. Nie uśmiechał się, nie zapewniał, że wszystko będzie dobrze, bo przecież nie mógł mi tego powiedzieć. Po prostu był obok i tak było najlepiej. Pokiwałam głową, opuszczając wzrok na swoje dłonie. Nie chciałam, żeby widział mnie w takim stanie, więc starałam się unikać patrzenia w jego oczy. W tej chwili byłam słaba, chociaż obiecywałam sobie samej coś innego. Okłamywanie samej siebie wychodziło mi w końcu tak dobrze. Byłam mistrzynią we wmawianiu sobie czegoś, co nie mogło mieć miejsca w normalnym życiu. Żyłam iluzją, trzymając się pojedynczych, dobrych chwil.
Draco podniósł mój podbródek do góry, jakby zauważając, że coś jest ze mną nie tak. Zresztą nawet bez patrzenia w moje oczy dobrze wiedział, co jest powodem moich zmartwień. Delikatnie przejechał palcami po moim policzku, patrząc mi prosto w oczy. Ten ruch, tak nieoczekiwany i delikatny, sprawił, że na plecach pojawiły się dreszcze. Chciał, żebym chociaż na chwilę odciągnęła swoje myśli od negatywnych scenariuszy, które mimowolnie tworzyły się w mojej głowie. Jego obecność sprawiała, że przestawałam się bać. Przy nim byłam gotowa stawić czoła największym lękom…
— Niedługo wrócę, nigdzie się stąd nie ruszaj — powiedział, puszczając powoli moją dłoń. Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, zniknął za zakrętem. Tak bardzo nie chciałam być w tej chwili sama! A on mnie zostawił, samotną, z budzącymi się niepokojami. Tak wiele osób mnie zostawiło, przeżyłam ich stratę i wiedziałam, że po kolejnym odejściu już się nie podniosę. Nie miałam w sobie tyle siły.

Miesiąc po narodzinach Sophie był najgorszy. Płacz, krzyk, płacz, płacz… Tyle udało mi się zapamiętać z pierwszych tygodniu po wyjściu ze szpitala. Książki, w których opisywano tylko pozytywne aspekty macierzyństwa, były obłudą. Nic nie było tak, jak miało być. Po raz kolejny zawiodłam się, bo przecież spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Moje życie miało wyglądać inaczej — a jednak nastąpił niespodziewany zwrot akcji. Nie miałam szansy wcisnąć pauzy i cofnąć się o kilka miesięcy wstecz, chociaż w niektórych momentach, gdy było ciężej, tak bardzo tego pragnęłam.
Czasami ja i Sophie miałyśmy lepsze dni — ona praktycznie nie płakała, leżała grzecznie w łóżeczku, a ja miałam chwilę czasu dla siebie. Czasem jednak, gdy do mnie wracały przykre wspomnienia, ona jakby wyczuwała zmianę nastroju i natychmiast zaczynała płakać. Te dni były najgorsze ze wszystkich. Samotność przytłaczała jeszcze bardziej, a cisza, zakłócona tylko płaczem dziecka, boleśnie raniła, przypominając mi, że nikogo przy mnie nie ma. Byłam sama, sama musiałam sobie ze wszystkim radzić, sama pokazać mojej Sophie świat… Wydawało mi się, że nie jestem na to gotowa. Zostałam zbyt szybko rzucona na głęboką wodę, zaczynając od razu tonąć. Łapałam się wszystkiego, co było w pobliżu, próbując utrzymać się na powierzchni. Prawda była taka, że nie radziłam sobie. Mogłam się okłamywać, wmawiać coś, czego w rzeczywistości nie miałam, ale prawda była jedna i ja ją doskonale znałam.
Stałam przy łóżeczku Sophie, patrząc jak śpi. Uśmiechała się, więc śniło się jej coś dobrego. Patrzenie jak każdego dnia uczy się czegoś nowego, jak mnie poznaje, gaworzy, wymachuje rączkami — to było coś niezwykłego. Chciałam zatrzymać te chwile, żeby nigdy się nie kończyły, a ciągle odtwarzały, jak stara, zepsuta płyta. Mogłabym codziennie budzić się i powtarzać ten sam dzień wiedząc, że będę mogła patrzeć na tą małą kruszynkę. Była dla mnie wszystkim, więc pragnęłam dla niej dobrego życia. Czy mogła rzeczywiście je mieć, mając mnie jako matkę?
Poprawiłam kocyk, kiedy nieświadomie odkryła się rączką. Było tak wiele rodzin, które nie mogły mieć dzieci, a ja miałam Sophie… Nawet na nią nie zasługiwałam. Pokręciłam głową, próbując pozbyć się tych myśli, ale one ciągle do mnie wracały, niczym bumerang. Zacisnęłam wargi i wyszłam z pokoju, zamykając za sobą cicho drzwi. „O czym ja w ogóle myślałam?”— skarciłam się w myślach. Takie chwile nachodziły mnie jednak coraz częściej i nie potrafiłam się już przed nimi bronić.
Ziewnęłam, kierując się w stronę swojego pokoju. Póki Sophie spała, chciałam położyć się chociaż na chwilę. Na ten moment to było moim priorytetem: odpoczynek. Sophie źle spała w nocy, zasypiając na kilkanaście minut, po chwili znowu się budząc. Tak naprawdę nie miałam czasu spać, bo ciągle czuwałam, czy z Sophie wszystko w porządku. Patrzyłam, czy jej klatka piersiowa się unosi, czy nie przykryła przypadkiem kocem swojej główki. Bycie matką niosło za sobą wiele dobrych chwil, ale czasem poczucie odpowiedzialności za tą małą istotę przytłaczało. Tyle złych rzeczy mogło się wydarzyć, na które ja, chcąc czy nie, nie mogłam mieć wpływu…
Położyłam się na łóżku, przykrywając w połowie kocem. Powieki zaczynały coraz bardziej ciążyć i nie myślałam już o niczym konkretnym. Kiedy już zaczynałam odchodzić w krainę snów, z powrotem zostałam brutalnie sprowadzona na ziemię. Słysząc dzwonek do drzwi, szybko zerwałam się z łóżka, biegnąc w stronę wejścia. Nie chciałam, żeby osoba stojąca po drugiej stronie drzwi, zadzwoniła drugi raz, bo wtedy Sophie na pewno by się obudziła. Zignorowałam zawroty głowy, potykając się po drodze o leżącą na podłodze torbę. Nawet nie zastanawiałam się, kto może mnie odwiedzić, bo przecież nie miałam tu z nikim kontaktu… Spojrzałam przez wizjer i zauważyłam moją sąsiadkę — Ruby. Kilka razy widziałam ją na klatce schodowej, ale nigdy nie prowadziłyśmy dłuższej rozmowy. Otworzyłam drzwi i dopiero wtedy dostrzegłam, że kobieta trzymała w dłoniach niewielkie pudełko, zapakowane w ozdobny papier, a na ramieniu miała zawieszoną lnianą torbę, w której coś się znajdowało. Ruby miała na sobie jasny płaszczyk, jakby dopiero co wróciła do mieszkania z pracy. Była krótko obcięta, dzięki czemu rysy jej twarzy były wyraźniejsze. Niska, odrobinę pulchniejsza, wyglądem przypominała panią Weasley. Pokiwałam z rozdrażnieniem głową, zwracając na siebie uwagę kobiety. To nie był dobry czas na wspomnienia.
— Dzień dobry — powiedziała w końcu, uśmiechając się. Minęła mnie w wejściu, przechodząc bez żadnego pytania do kuchni. Zmarszczyłam brwi, nie wiedząc za bardzo o co chodzi.
— Dzień dobry? — odparłam, idąc za nią. — Przepraszam, ale…
— Przyniosłam ci zupę, makaron z sosem, naleśniki… Jesteś tu sama, więc pewnie przy małym dziecku nie masz czasu na zadbanie o siebie. Obserwowałam cię od jakiegoś czasu, zmizerniałaś, potrzebujesz pomocy.
— Dziękuję, jednak nie wiem, czy…
— Och, żaden problem — stwierdziła, wypakowując rzeczy z torby.
Otworzyła lodówkę i zaczęła wkładać do niej pudełka z jedzeniem. Wstawiła wodę w czajniku, a ja stałam, opierając się o futrynę i nie rozumiejąc co się dzieje. W pewnym momencie spojrzała na mnie troskliwie; poczułam, że pod ciężarem jej wzroku, zaczynam się rozpadać. Objęłam się ramionami, czując zimno.
— Przepraszam, że tak wpadłam bez żadnej zapowiedzi. Nie chciałam cię wystraszyć.
— Nie wystraszyła mnie pani, jestem po prostu trochę zdziwiona, nikt mnie do tej pory nie odwiedzał.
— No cóż, trzeba było to zmienić.
Woda w czajniku zaczęła się gotować. Wzięła z suszarki dwa kubki i wsypała po łyżeczce kawy. Wlała wrzątek do szklanek, stawiając je po chwili na stoliku. Usiadła na jednym z krzeseł i skinęła w moją stronę głową, jakby chciała mi przekazać, że też mogę już zająć miejsce. Zerkałam nerwowo na kobietę, nie wiedząc, czego się spodziewać. Napiłam się łyka gorącego napoju i już miałam coś powiedzieć, kiedy ciszę, trwającą między nami, przerwał cichy płacz. Westchnęłam, przepraszając Ruby i udając się w stronę pokoju Sophie. Weszłam do pomieszczenia cicho, mając nadzieję, że Sophie jeszcze zaśnie. Kiedy nie przestawała płakać, wzięłam ją na ręce, zaczynając delikatnie kołysać w swoich ramionach. Dziewczynka patrzyła na mnie oczami pełnymi łez, wymachując rączkami. Mimowolnie uśmiechnęłam się, zapominając o całym otaczającym mnie świecie. Miłość między matką, a dzieckiem, była niewątpliwie najpiękniejszym rodzajem miłości. Miłość ta mogła ciągnąć w dół, mogła każdego dnia powoli, boleśnie zabijać, a mimo to… byłam w stanie się poświęcić. Dla tej jedynej miłości. Nie wiem ile stałabym w miejscu, trzymając w rękach rozbudzoną już Sophie, ale w końcu usłyszałam za sobą skrzypnięcie paneli. Odwróciłam się i zauważyłam stojącą w drzwiach pokoju Ruby.
— A to Sophie — powiedziałam, kiedy kobieta podeszła do mnie, ciągle się uśmiechając. Czy to na jej policzkach… czy to były łzy?
— Mogę? — zapytała, wyciągając przed siebie ręce.
Pokiwałam twierdząco głową, podając małą Sophie Ruby. Kobieta usiadła w fotelu, patrząc się z czułością na dziecko. Przegryzłam wargę, czując zbierające się w moich oczach łzy — sama dokładnie nie wiedziałam, czemu chciało mi się płakać. Może dlatego, że po raz pierwszy nie czułam się samotna? Nie znałam dokładnego powodu. Widziałam moje dziecko w innych ramionach, niż moje. To był piękny widok i zdecydowanie warty zapamiętania. Od tej chwili wiedziałam, iż będą mogła liczyć na pomoc Ruby w każdej sytuacji. Stała się moją podporą, chociaż tego nie planowałam. Widząc jednak Sophie, dobrze wiedziałam, że czasem te nieplanowane, spontaniczne decyzje, mogą okazać się najlepszymi rzeczami, jakie przydarzyły się w życiu człowieka.
W pokoju była cisza, na zewnątrz głośny śmiech dzieci, a w mojej głowie wreszcie spokój. Że dam radę, bo tak naprawdę nie jestem sama.

— Przepraszam, że nie przyjechałem wcześniej. Okropny ze mnie przyjaciel.
Usłyszałam tuż obok siebie. Podniosłam wzrok do góry i uśmiechnęłam się, widząc Harry’ego. Jego włosy były jak zwykle potargane, a policzki jeszcze zaróżowione od zimna. Spojrzał się z czułością, siadając na krześle, tuż obok mnie. Nic nie odpowiedziałam — oparłam się tylko o jego ramię, przymykając oczy. Jego obecność była w tym momencie dla mnie jak najlepsze antidotum. Przy ostatniej rozmowie wspominał, że postara się wziąć wolne w pracy i przyjechać na czas operacji Sophie, ale nie sądziłam, iż naprawdę się pojawi. Nie wymagałam od niego tego, że będzie w takich chwilach przy mnie, bo dzieliła nas ogromna odległość. Niby nie był to duży problem, ale w praktyce wychodziło zupełnie inaczej. Kilometry ciążyły, zwiększał się dystans między nami, ale fundamenty naszej przyjaźni były zbyt potężne, by to wszystko mogło runąć w jednej chwili. Mimo błędów, które popełniłam kilka lat temu, mimo że tyle razy odtrąciłam… on ciągle trwał, nie pozwalając mi upaść. Harry był najlepszym przyjacielem, jakiego mogłam mieć. Nie potrzebowałam nikogo więcej.
— To nic. Cieszę się, że jesteś.
Mężczyzna objął mnie, pocierając delikatnie moje ramiona, jakby wyczuł, że zmarzłam. Na końcu korytarza zobaczyłam Malfoya, stojącego w miejscu. Patrzył się na mnie niepewnie, trzymając w dłoniach kubek. W końcu podszedł, przełamując kolejną barierę.
~
Zaczęłam zasypiać. Oparta o ramię Malfoya, przykryta kurtką Harry’ego, czułam się niezwykle bezpiecznie. Obok mnie były jedne z dwóch ważniejszych osób z mojego życia, brakowało tylko tej najważniejszej, która była za drzwiami sali operacyjnej. Irytujące tykanie zegara nie było już aż tak irytujące; zapanował we mnie spokój. Przestałam się denerwować i po prostu… czekałam. Nie mogłam nic przyspieszyć czy dowiedzieć się czegoś szybciej, niż było to zaplanowane.  
Wyczulona na każdy dźwięk — gdy usłyszałam otwieranie drzwi, automatycznie zerwałam się z krzesła, stając na baczność. Z sali operacyjnej wyszedł lekarz, który przeprowadzał zabieg Sophie. Na jego twarzy było widoczne zmęczenie; potarł palcami skroń, chcąc jakby się zrelaksować. Nie zdążył się przebrać, ponieważ był ubrany jeszcze w specjalny kitel. Gdy mnie dostrzegł, ruszył powoli w moją stronę. Patrząc na niego, zdałam sobie sprawę z tego, jak wiele kosztuje lekarzy ten zawód — przyjmowali na siebie ciężar swoich pacjentów, mając jeszcze osobiste zmartwienia. Draco był jednym z nich. Wiedziałam, że chce odpokutować za przeszłość, ale nie byłam pewna, czy ta droga była dla niego dobra. Nie chciałam jednak, żeby zmieniał swoje życie tylko ze względu na mnie. Pragnęłam przy nim trwać, niezależnie od tego, kim był w przeszłości i kim pozostał w teraźniejszości.
Stałam w miejscu, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Najbliższe sekundy miały w jakimś stopniu zaważyć na mojej i Sophie przyszłości. Słowa miały przecież tak ogromną moc ranienia — wystarczyło zdanie, by czyjeś życie zmieniło się w ruiny.
— Operacja przebiegła zgodnie z planem. Mieliśmy problem z małym krwotokiem u Sophie, ale wszystko skończyło się dobrze — dodał szybko, widząc moją przerażoną minę. — Na razie Sophie i pan Wood przebywają na pooperacyjnym oddziale intensywnej terapii, więc… no dobrze, może pani do niej wejść, ale tylko na chwilę.
— Dziękuję — odparłam słabo, czując, że zaczyna brakować mi powietrza. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że te kilka godzin czekania były dla mnie aż tak stresujące i wyczerpujące. Przysiadłam jeszcze na chwilę na krześle, gdy poczułam zawroty głowy. Ktoś położył dłoń na moim ramieniu, chcąc dodać mi sił. Na te kilka sekund zupełnie się wyłączyłam, nie rejestrując tego, co dzieje się wokół mnie.
— Chcesz iść do Sophie czy…? — zapytał Harry. Spojrzałam na niego, czując, że zaczynam już wracać do siebie.
— Idę, oczywiście, że idę. — Wstałam z krzesła i ruszyłam w kierunku drzwi, prowadzących do sali, w której miała znajdować się Sophie. Po drodze minęłam Malfoya i lekarza, operującego Sophie; cicho rozmawiali ze sobą, zapewne o całym przebiegu operacji. Mimo że chciałam dowiedzieć się jakiś szczegółów, teraz ważniejsza od tego była Sophie.
A kiedy weszłam do sali, w której leżała moja córka, zachłysnęłam się bezsilnością. Straciłam grunt pod nogami.
_______________
Dam, dam, dam, rozdział kolejny serwuję wam!
Niecały miesiąc i pojawił się kolejny rozdział — czyżbym oszalała? :D Dawno nie miałam takich akcji, więc tak, to dla mnie coś naprawdę dziwnego. Ostatnio za każdym razem, gdy mam opublikować rozdział, ekscytuję się jak małe dziecko, serio. A do zakończenia coraz bliżej… W związku z tym włączyły mi się sentymenty, więc — jeśli możecie, napiszcie mi w komentarzach, kiedy zaczęliście czytać NWW! Jestem strasznie ciekawa.
Co tu napisać o tym rozdziale, hm. To co chciałam w nim pokazać, to rozterki naszych bohaterów: Hermiony i Draco. Mam nadzieję, że jako tako mi to wyszło i ten rozdział się Wam spodoba. Jeśli chodzi o mnie — chyba moim faworytem nadal jest ten poprzedni. No nic, końcową opinię zostawiam Wam.
Wiecie, że mam napisane już ostatnie słowa z ostatniego rozdziału? Kurczę, czy ja oby na pewno jestem normalna?
Piszcie co u Was słychać, jak mija życie, jak na studiach/w szkole/w pracy, serio jestem ciekawa! U mnie na uczelni zaczął się nowy semestr, co wiąże się z milionem prac, ćwiczeń, referatów… Już jestem zmęczona, w dodatku chora, a dopiero mija drugi tydzień. :( No nic, piszcie, komentujcie i... do zobaczenia niedługo (mam nadzieję)! 
PS. Podoba się nowy szablon? 
PS2. Zaktualizowałam zakładkę 'O autorce', więc jeśli ktoś jest ciekawy, zapraszam do czytania. (:
Milion pięćset osiemdziesiąt sześć buziaków,
M.
Layout by Alessa Belikov